Torebka damska z haftem

Torba shopperka

woko plecak

Torba z jeansu

wtorek, 12 maja 2020

W moim życiu fotografia zajmuje bardzo ważne miejsce. Była moją pasją. Próbowałam, by stała się moją pracą. Była moim koszmarem. A teraz stała się częścią mojej pracy i codzienności. Tak zwyczajnie. I choć okoliczności przymusiły mnie do przerzucenia się z lustrzanki na aparat w telefonie, to nie widzę w tym już większego problemu. Z sentymentem patrzę na mojego Pentaxa i sprzedać go nie mam serca. Ale obecnie zdjęcia dużo szybciej i łatwiej robię moim Mi.

Kiedy urodził się Mały Człowiek cykałam sporo i to właśnie Pentaxem. Potem wrzucałam na kompa, ale zawsze wolałam te zdjęcia, które mogę wziąć do ręki... I tak od kilku lat na początku nowego roku przeglądam zdjęcia z poprzedniego i wybieram te do wywołania. Mam kilka albumów, a ostatnio postanowiłam, że będę je wklejać w Junk Journal - będzie to bardzo moje i bardzo osobiste. 

Niestety w tym roku w związku z sytuacją osobistą nie mam dostępu do moich papierów i innych śmieci, do skomponowania Junk Journala. Mogłabym nazbierać - pewnie. Ale pojawiła się okazja do przetestowania fotoksiążki od Saal Digital. No to raczej, że skorzystałam!


Projektowanie

Zaprawdę powiadam Wam, że zaprojektowanie tej książki zajęło mi kilka dni. Najpierw trzeba było wybrać zdjęcia. Sporo zdjęć! Potem zdecydować się na rozmiar książki i ilość stron, a potem poskładać to wszystko do kupy. Dzięki aplikacji Saal można to zrobić dosłownie kilkoma kliknięciami: wybierasz format książki, wybierasz tryb "Automatyczny układ AutoLayot" i szablon, który nadaje Twojej książce określony charakter (boho, dziecięcy, nowoczesny). Na koniec wgrywasz zdjęcia i gotowe! Program sam skomponuje Twoją książkę według wybranego szablonu. Można pokusić się o większą ingerencję w projektowanie. Wtedy wybierasz tryb "Fotoksiążka one minute", wybierasz szablon, wgrywasz zdjęcia i lecisz! Po prawej stronie masz proponowane układy zdjęć i tekstu na stronie dopasowane do wybranego formatu książki i szablonu. Można w tym trybie dokonywać swoich zmian, ale jeśli nie masz czasu czy ochoty na zbyt długie zabawy w tym temacie - możesz spokojnie posłużyć się gotowcami. I na koniec tryb "Pusty projekt", który oczywiście wybrałam ja! Dostajesz totalnie puste strony. W dolnej części programu masz podgląd na ilość i układ stron w książce. Możesz je przestawiać, dodawać i kasować. Cały czas możesz korzystać z gotowców klikając w słowo "układ" w menu po prawej stronie. W górnej części menu masz możliwość dodać pole na zdjęcie i dopasować wielkość tego zdjęcia. Możesz dodawać też pola tekstowe, czy zmienić tło. Po prawej stronie w menu masz również opcję "kliparty". Dzięki nim możesz dodać na każdej stronie coś w rodzaju naklejki. W ten sposób ozdabiasz i jeszcze bardziej personalizujesz swoją książkę.


Dla kogoś, kto tak jak ja ma fisia na punkcie detali program ten jest kopalnią cudowności. Dzięki ogromowi możliwości dodałam zabawne naklejki do zdjęć z małym człowiekiem. Dodałam też wzorzyste tło pod niektóre zdjęcia i napisy z datą. Potem tylko wysyłasz projekt do Saal Digital, a oni już zajmą się resztą.

To jaka jest ta moja książka?

Szczerze? Jestem absolutnie zachwycona! Po teście fotozeszytu wiedziała, że mogę się spodziewać bardzo dobrej jakości. Ale to co dostałam przerosło moje oczekiwania. I uwierzcie mi, nie jest to przesadna pochwała! Do testu dostałam fotoksiążkę z linii Professional line. Wybrałam format 21x21 cm. Jak już zdążyliście zauważyć zdecydowałam się na naturalne płótno na okładkę, ale może być też eko skóra. Wybrałam też matowe wykończenie papieru. I wszystko to okazało się IDEALNE! 


Książka jest absolutnie piękna! Grube strony, cudowna jakość zdjęć. Dzięki pracy, którą włożyłam w jej zaprojektowanie mam poczucie, że jest ABSOLUTNIE NASZA! Dlatego chyba warto poświęcić temu jednak trochę czasu. Detale, takie jak naklejki sprawiają, że zdjęcia nabrały dodatkowego klimatu lata, zabawy, czy jesiennych spacerów. I ta jakoś wykonania! Doskonale sklejona okładka. Wszystkie strony są idealnie sklejone, sprasowane, czy jak oni tam to robią.


Naprawdę: przyjemnością jest oglądanie tej książki! Fotoksiążka Saal Digital okazała się dla mnie super alternatywą do Junk Journala. Czy wygrywa? Nie powiem tak, nie powiem nie ;) Powiem za to, że jeśli zastanawiasz się, jak ogarnąć zdjęcia z wesela, albo z podróży swojego życia, to ta fotoksiążka, to na serio strzał w dziesiątkę. 

No to szybko podsumujmy jeszcze: fotoksiążka Professional line to najwyższa jakość - nie ma się do czego przyczepić. Program do projektowania jest intuicyjny i może wręcz zaprojektować Twoją fotoksiążkę za Ciebie. Realizacja zamówienie jest błyskawiczna. Ja nie miałam większych problemów, ale wiem, że dział obsługi klienta jest niezmiernie miły i bardzo szybko reaguje na wszelkie pytania. Szczerze polecam Saal Digital. Serio, serio!

A jak ktoś by chciał zerknąć, jak wyglądał mój Fotozeszyt, który wykorzystałam na katalog mojej marki, to zapraszam TU. A o innych sposobach na przechowywanie wywołanych zdjęć możecie poczytać TU

No to teraz już macham do Was łapką. Do następnego razu. PA!





poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Przez dłuższą chwilę siedziałam i próbowałam zabrać się do tego wpisu. To przecież nic trudnego: zaplanowałam go już i rozpisałam kilka tygodni temu. Nie wiedziałam jednak, że z powodu pandemii będzie to temat bliski wielu osobom. Praca w domu. Nie będę jednak zmieniać mojego pierwotnego zamysłu. Nie będę pisać mądrych porad, co zrobić, żeby efektywnie pracować z domu. Napiszę o moich odczuciach. Co ludzie, których znam myślą o takich okolicznościach? Z jaką opinią na temat pracy w domu i samozatrudnienia spotykam się ja sama? Jak ja zorganizowałam swój tydzień pracy? Jak pogodziłam tworzenie własnej marki z byciem mamą i człowiekiem? ;) O tym wszystkim pokrótce postaram się Wam tu napisać.

Masz czas na wszystko, ale...

Najczęściej słyszę dwie opinie na temat pracy w domu. Pierwsza pod tytułem: "Ja to bym nie dała rady się zmobilizować". O tak. Wiele osób twierdzi, że praca w domu brzmi fajnie, ale wcale nie jest taka łatwa. Bo większość do pracy mobilizuje konieczność wyjścia z domu, oddech szefa na plecach i konkurencja w postaci współpracowników. Najczęściej słyszę od ludzi, że jakby pracowali z domu, to zanim by się pozbierali rano, zanim kawa, śniadanie, Internet..., to pewnie pracowaliby po nocach. I tę opinię nawet lubię. Ta opinia mi nieco schlebia. Bo często w tę opinię wplecione są takie miłe stwierdzenia, jak : "ja to cię podziwiam, że dajesz radę" lub "szacun, że ci się chce". Druga opinia wywołuje u mnie zupełnie odwrotne emocje i - niestety - czasem mam ochotę pacnąć rozmówcę, ale tylko lekko ;) Druga opinia jest pod tytułem: "Siedzisz w domu, to masz na wszystko czas". Grrrrrr...! Zdementujmy. Po pierwsze nie "siedzę w domu" tylko "pracuję w domu"! Po drugie: owszem - jestem w domu, kiedy Syn jest chory; mogę wziąć wolne, kiedy chcę i iść na przedstawienie do przedszkola lub wyprzedaż w Sortex ;) Ale z drugiej strony: jeśli gotuję obiad, to nie pracuję; jeśli idę do sklepu, to nie pracuję, a kiedy nie pracuję, jestem na urlopie czy zajmuję się Synem - nikt nie płaci za mój wolny czas. Nie oznacza to jednak, że pracuję 24 h, 365 dni...


Zerknijmy do mojego kalendarza

Był czas, że pracowałam chaotycznie, spontanicznie i często bez planu. A to coś uszyłam. A to złapałam jakieś zamówienie, a to dwa dni męczyłam się nad zdjęciami... Potem uznałam, że niby fajnie, super-ekstra, bo w końcu moje zajęcie daje mi możliwość bycia elastycznym, robienia tego, na co mam akurat ochotę, a nawet odpuszczania sobie czasem. Ale jednak trzeba zacząć działać według jakiegoś planu, bo odnosiłam wrażenie, że wcale nie posuwam się do przodu. I tak zapisywałam sobie, co chcę uszyć, zrobić, stworzyć i z dnia na dzień tworzyłam według listy. Zdawało mi się, że taki sposób działania jest niezły, ale... Po jakimś czasie pojawiła się nieoczekiwanie frustracja i zdenerwowanie. Okazało się, że szyłam i szyłam, ale potem brakowało czasu na zdjęcia, a co za tym idzie nie miałam co pokazać światu, co wstawić do sklepu... Wszystko kulało! I wreszcie usiadłam i zastanowiłam się nad swoim rytmem. Nad tym, kiedy mam najwięcej energii, co muszę pogodzić ze sobą i jakie mam obowiązki w ciągu dnia - nie tylko te wynikające z prowadzenia firmy. Wypisałam wszystko i ustaliłam sobie pewien harmonogram. I nie potrzebowałam do tego żadnych fancy plannerów, ani szkoleń z zarządzania czasem.

Po prostu w swoim rytmie

Praca w domu, a do tego samozatrudnienie daje nam sporo swobody. Wymaga jednak też dyscypliny i dobrej organizacji. Ja ustaliłam sobie swoją rutynę dnia i tygodnia, i staram się jej trzymać. Codziennie wstaję rano, ogarniam siebie i świat, i możliwie najszybciej biorę się do pracy. Po południu odbieram syna z przedszkola, jeśli to tylko możliwe zaliczamy spacer, lody, plac zabaw, robimy zakupy, a w domu gotuję, sprzątam itd. I tak codziennie. A patrząc na cały tydzień, to: w poniedziałek, kiedy po wolnym weekendzie mam najwięcej energii siadam do maszyny. We wtorek kończę szycie, dopracowuję detale. W środę kroję nową partię drobiazgów do uszycia. W czwartek jest dzień foto. Wtedy poświęcam czas tylko na zdjęcia. Ustawiam sobie swój plan zdjęciowym, cykam ile wlezie, a potem obrabiam zdjęcia i przygotowuję do publikacji. W piątek ogarniam dokumenty, a także siadam do komputera. Wstawiam produkty do mojego sklepu i do galerii dla rękodzielników, czasem przygotowuję na zapas posty na Facebooka, Instagram czy Pinterest. Czasem uda mi się sklecić wpis na bloga. I pewnie byłabym w stanie robić dużo więcej, gdyby nie...


Decyzje

Zakładając firmę podjęłam pewne decyzje. Myślę, że większość doradców biznesowych i osób, które mają już za sobą sukcesy w prowadzeniu własnej firmy skrytykuje moje podejście. Bo ja postanowiłam, że po to założyłam firmę, żeby pracować na swoich warunkach i w swoim tempie. Już kilka razy o tym wspominałam, że może to być powodem braku spektakularnych efektów po prawie dwóch latach istnienia firmy. Prawda jest jednak taka, że nie na wszystko mamy wpływ, ale będąc swoim szefem możemy decydować o tym jak i ile pracujemy. I dlatego ja pracuję do południa, a popołudnia i weekendy mam dla Rodziny. Gdybym miała swój kąt i nie musiała codziennie rozstawiać i chować maszyn pewnie pracowałabym nieco więcej. Pozwoliłabym sobie też czasem na pracę wieczorem, kiedy Synu już śpi. Ale póki co jest jak jest, a ja chcę mieć ten czas dla Syna, czas na odpoczynek. Chcę mieć przestrzeń na to, żeby czasem odpuścić. Chcę mieć spokojną głowę, kiedy coś wyskoczy i Mały Człowiek musi zostać w domu lub mam jakieś zamówienie specjalne albo chcę jechać na zakupy firmowe i nie tylko ;)

Nie jestem ideałem. Czasem wstaje rano i zwyczajnie mi się nie chce. Szukam wymówek i zmieniam swój plan dnia/tygodnia - odpuszczam. Zdarza się, ale nich pierwszy rzuci kamieniem ten, kto pracując na etacie jest zawsze pełen energii i daje z siebie sto procent przez cały czas ;) Ale wiecie co? Ja wiem, że się staram i że to, co wypracowałam do tej pory, to już naprawdę BARDZO DUŻO. I choć z powodu małego ruchu na moich mediach społecznościowych i niewielkiej sprzedaży chciałam to wszystko rzucić w cholerę i to nawet kilka razy, to jestem z siebie dumna! Włożyłam w T-Bags mnóstwo pracy i energii. I tylko ci, którzy są najbliżej mnie wiedzą, ile tak naprawdę przeszłam, żeby być w tym miejscu, w którym jestem. Nie stawiam się w roli eksperta. Wciąż bowiem jestem w trakcie budowania marki i na drodze do mojego sukcesu.

A Wy? Pracujecie w domu, czy do pracy macie dalej niż przez przedpokój? ;) Jak z waszą motywacją do pracy i efektywnością? Działacie według planów, programów, w plannerach? Dajcie znać, co myślicie o pracy w domu.

Pozdrawiam, PA! Magda







piątek, 17 kwietnia 2020

Ja już się Wam przyznałam do tego, że jestem królową porządku, segregowania i grupowania oraz niepoprawną perfekcjonistką ze skrzywieniem w kierunku totalnego uporządkowania świata przedmiotów. Tak! Kosmetyczki, i pudełka wszelkiej maści, to moje atrybuty. Ostatnio było właśnie o kosmetyczkach, a dziś będzie o woreczkach bawełnianych, które uwielbiam, a które mają swoje 5 minut chwały ;) I ja osobiście mam nadzieję, że to 5 minut będzie trwało po wsze czasy, bo ciepły w dotyku woreczek z tkaniny jest przecudowną alternatywą do tych bezdusznych, szeleszczących torebek plastikowych.

Ale do brzegu, a raczej na zakupy.


Oczywiście w ostatnim czasie woreczki z firanek, starych poszewek na jaśki i ściereczek kuchennych biją rekordy popularności wśród wszystkich tych, którym los naszej Planety nie jest obojętny. Chętnie pakujemy w nie zarówno bułę z lokalnej piekarni, jak i ziemniaczki na targu i samotne banany w markecie. 

Tak więc woreczki na zakupy - jak najbardziej. Ale do czego jeszcze możemy je wykorzystać? Dla tych co mają dzieci polecam je na klocki i drobne zabawki np. figurki z jajka czy Zingsy.


Super sprawdzają się też na spacerach jako worek na skarby: dziecko zbiera tam te wszystkie kilogramy kamieni, dziesiątki szyszek i wtedy zostaje więcej rąk do noszenia najbardziej potrzebnych patyków.

Na co jeszcze? No na co przyda się taki worek?! A może do szkoły / przedszkola na strój na gimnastykę. Pamiętacie jeszcze swoje worki na kapcie z wyszytym imieniem? Taki worek z kolorowej tkaniny będzie jak znalazł na strój czy nawet trampki! A jak już jesteśmy przy ciuszkach, to ja uwielbiam te woreczki podczas pakowania się na wyjazd. Wkładam w nie bieliznę. Wtedy nie trzeba gonić skarpetek czy innych majciochów po całej torbie, tylko cyk! i mamy to.


Pomyślcie jeszcze o tych wszystkich kablach plączących się w torbie: ładowarki, słuchawki... A można łatwiej: spakować cały ten majdan ładnie poukładany do takiego woreczka i nic się nie poplącze!

Uszyłam też ostatnio worek na stroje kąpielowe. Bo wiadomo: mokry kostium = mokra cała torba. Można do tego wykorzystać ceratę lub choćby reklamówkę. Ja zszyłam tkaninę z workiem plastikowym - takim z tych strunowych, mocniejszym. Przeszyty jest tylko u góry, więc nie powinno nic przemakać. No i taki worek pomieści mój kostium i kąpielówki chłopaków, tak więc jest GIT!


Wady i zalety.

Hmmmm... Sorry, not sorry! Wad nie dostrzegam. A Wy? Bo z zalet, to proszszsz: można woreczki prać i używać, póki się nie rozlecą. Można je uszyć dosłownie ze wszystkiego, tak więc można wykorzystać każdy skrawek tkaniny! Czyż to nie cudowne zero waste?! Ponieważ woreczki można uszyć z dowolnej tkaniny mogą być dokładnie takie, jak chcesz: kolorowe, lniane, z firanki. A może patchwork? Czy z haftem?  Nie ma co się ograniczać: zaszalejmy! Woreczki dla każdego!

No to tyle, co mam do powiedzenia na temat zastosowania worków z tkanin. Dajcie znać, czy Wy też używacie ich nie tylko na zakupy. A na koniec podrzucam Wam jeszcze odsyłacze do poprzednich wpisów o moich pierwszych workach TU i o pierwszych workach na zamówienie TU. Polecam także stronę fajnej akcji "Pakuję do swojego". No i oczywiście dla tych, którzy sami szyć nie potrafią lub nie lubią - polecam cudowne woreczki z mojej pracowni dostępne TU. A teraz już do następnego, PA!



piątek, 27 marca 2020

Wielokrotnie już o tym wspominałam - chociażby TU, że ekologia jest dla mnie ważna. Że w pracowni wykorzystuję każdy skrawek, a śmieci mam tyle, co nic. Staram się używać metalowych półproduktów, naturalnych tkanin. Szyję eko drobiazgi: worki i torby na zakupy, waciki wielorazowe. Uwierzcie mi, że u mnie nic się nie marnuje!

Dlatego, Kiedy w zeszłym roku moja Mama poprosiła mnie o wielką torbę ze spodni jeansowych pomyślałam, że TAK! - to jest TO! Ciężko wykroić z używanych spodni coś prosto ;) Więc samo krojenie takiej torby, dopasowanie skrawków zajmuje sporo czasu. Ale, jak widać, da się!

Minęło trochę czasu zanim zmobilizowałam się do uszycia kolejnej sztuki. W szafie leżały jeansy, ale już 'napoczęte'. Powstała z nich bowiem kosmetyczka i torebka z odręcznym haftem. I w końcu się wzięłam! Bo zwyczajnie stwierdziłam, że JA potrzebuję nowej torby!


W związku z tym, że para ta była bez jednej nogawki jeans połączyłam z tkaniną w róże. Paski natomiast uszyłam z granatowego lnu. W całym tym pomyśle najważniejsze dla mnie jest, by wykorzystać kieszenie. Są bardzo, ale to bardzo funkcjonalne i świetnie wyglądają!


Już dawno nie miałam torby z tyloma kieszeniami i jestem tym udogodnieniem zachwycona. Nie muszę niczego szukać: karta miejska w tej kieszeni, portfel w tamtej, klucze na smyczy...


Jak też zauważyliście dodałam długi pasek. Dzięki temu mogę torbę nosić w dowolny sposób i jest to dla mnie bardzo ważne. Idąc bowiem na spacer z Małym Człowiekiem lubię mieć wolne ręce i czuć się swobodnie. Wtedy zakładam torbę na długim pasku przez ramię. Innym razem mogę ucha zarzucić na ramię i jest git! No sami widzicie: TORBA IDEALNA, a ja nie mogę przestać się nią zachwycać.


A w całej tej akcji ważne jest dla mnie jeszcze to, że z jednej pary spodni jeansowych został rozporek i kilka marnych ścinków ;)

Na razie torby zostają w Rodzinie, ale myślę, że i one wejdą do oferty w sklepie nie tylko na zamówienie, ale i jako stały produkt. Co Wy na to?

Na dziś to już wszystko. Zdradzę Wam jeszcze tylko, że w szafie były też czarne spodnie sztruksowe. Zgadniecie, co z nich powstało? ;) Do następnego razu Kochani, PA!





czwartek, 19 marca 2020


Po tym jak opadł entuzjazm, pierwszy zachwyt i fascynacja. Po tygodniach użytkowania - testowania mojego kaptura mam ochotę go pociąć i przerobić, i z zazdrością patrzę na kaptury, które uszyłam na zamówienie moich cudownych Klientek. Zagłębiając się bowiem w detale doszłam do oczywistego faktu, na który w euforii tworzenia wymarzonego komina z kapturem nie zwróciłam w ogóle uwagi, że wykrój przygotowany przez Jana Leśniaka, to komin, który jest tak wyprofilowany, że jak pizga po głowie, to można sobie go trochę na łepek naciągnąć. Jasne? Jasne! A ja raczej marzyłam o kominie z prawdziwym, pełnowymiarowym kapturem! Patrząc na zdjęcia pod tutorialem zdaje się, że różnicy wielkiej nie ma, a jednak! Że jednak JEST różnica pomiędzy tymi dwoma modelami przekonałam się dopiero w trakcie użytkowania. 


Model uszyty według wspomnianego tutorialu ma dla mnie dwie wady:
1. trudno się go zakłada – część z kapturem niewiele różni się od całej reszty, więc czasem w pośpiechu założę „tył na przód” lub „do góry nogami”.
2. część z kapturem jest dość płytka, przez co kiepsko się trzyma, kiedy dodatkowo mam czapkę, no i stale mam prywatny problem z tym, że kaptur dziwnie się układa. Żeby była jasność: podczas szycie zrobiłam drobny błąd, który mógł mieć wpływ na efekt końcowy, ale wymiary i cała reszta się zgadza, więc…

W zasadzie od razu głosiłam i pisałam – dokładnie TU, że planuję zmienić kształt kaptura. Dlatego, kiedy Psiółka zapytała, czy już nad tym pracuję odrzekłam: oczywiście! I następnego dnia zasiadłam do rysowania własnej formy. Było to naturalnie poprzedzone googlowaniem inspiracji przez pół nocy, ale w końcu powstała moja własna forma na komin z kapturem.

Pierwsze kominy powstały z myślą o zimie. No wiecie: mróz, śnieżyca i ogólna zawierucha. Dlatego sam kołnierz jest dość wysoki i gruby, a kaptur dość głęboki. Powstały z połączenia grubej dzianiny i weluru. W ten sposób super otulają szyję i są cieplusie, dobrze trzymają się na głowie nawet w kompilacji z czapką i przede wszystkim są piękne! Niestety zimy nie było, więc mega ciepły komin nie przydał się aż tak bardzo…


Dlatego powstała też wersja wiosenna: cieńsze dzianiny i do tego KWIATY! Można nosić na dwie strony, więc co, kto lubi…


Cieszę się, że podjęłam się próby uszycia komino-kaptura dla siebie.  Zdobyłam nową umiejętność. Nie jestem wynalazcą komina z kapturem, ale sprawdziłam cudzy wykrój i wiedząc, co mi nie pasuje - stworzyłam własny model.

No i tak to wygląda. Następnym razem napiszę Wam o czymś nowym, ale starym i może mi się nawet uda pokazać nowe uszytki inspirowane torbą z jeansów, o której pisałam TU. To co - zajrzycie? ;) Pozdrawiam i do następnego, PA! :*

Komin z kapturem dostępny w sklepie w zakładce Misz-masz :) 

piątek, 28 lutego 2020


Czy jako kobieta biznesu muszę zachowywać się „stosownie”? Czy w mojej branży obowiązuje mnie język formalny i konwenanse? O tym - mniej więcej - jest poniższy wpis. Skusicie się?

Pamiętam zajęcia na studiach... Co prawda nie pamiętam, jak się nazywały, ale uczono nas na nich o mechanizmach psychologicznych wykorzystywanych w sytuacjach „życia codziennego”. O co chodzi? Na przykład o to, jak markety czy kasyna potrafią manipulować naszą podświadomością abyśmy wydali więcej pieniędzy. Innym tematem było to, jak my sami możemy wykorzystać pewne elementy stroju, zachowania, mowy ciała, żeby zrobić lepsze wrażenie na przykład na rozmowie o pracę. W tym dniu miałam wpięte we włosy małe kolorowe spinki. Jako studentka miałam bowiem silną niechęć do tych wszystkich dziewczyn w grupie, które strojem i postawą manifestowały swoją pedagogiczną dorosłość. Ale do brzegu. Pamiętam te spinki, bo oto przez prowadzącą zajęcia zostałam „wywołana do tablicy” jako zły przykład. Bo czyż, o zgrozo, kobiecie w moim wieku przystoi nosić kolorowe spinki we włosach?? I to jeszcze w kształcie hipopotama i ptaszka Tweety?! Bo społecznie przyjęte jest ubranie się „w sposób odpowiedni do wieku”, co na pewno wywoła pożądaną reakcję wśród współpracowników, potencjalnych klientów, przyszłych pracodawców. Czy jednak garsonka jednoznacznie świadczy o tym, że kandydatka nadaje się na dane stanowisko? Czy noszony na co dzień garnitur jest wyznacznikiem poziomu kultury i inteligencji delikwenta? 

Ja wiem, że z reguły tzw. „stanowisko” wiąże się z pewną postawą. Wiem, że niektóre zawody obligują ich wykonawców do określonych zachowań i ubioru. Komunikacja w niektórych branżach jest bardzo oficjalna, profesjonalna, pełna specjalistycznych pojęć. Czy jednak w życiu zawodowym i w świecie tych wszystkich reguł i konwenansów nie mamy prawa do siebie? Nie wolno nam pozwolić sobie w granicach rozsądku na luz i spontan? I najważniejsze: czy mnie - rękodzielnika, projektanta, rzemieślnika mają obowiązywać te same zasady?

Nie! Choć odrobinę jednak tak. Działając bowiem głównie w Internecie w branży z gatunku tych artystycznych mogę sobie pozwolić na więcej luzu, co nie zwalnia mnie z profesjonalnego traktowania klientów i ogólnie pojętego szacunku do drugiego człowieka. Przyjęło się, że w kontaktach internetowych zwracamy się do siebie na TY. I ja nie mam nic przeciwko grzecznemu zwracaniu się do siebie per TY. Lubię, jak się ludzie szanują i szanują na wzajem swój czas, pracę, talent. Nie cierpię przekraczania granic (wiem, każdy ma swoje, ale jednak...), cwaniactwa, kopiowania, kradzieży pomysłów, udawania... Mam prawo zażartować w komentarzach, ale ani to, ani koszulka z Kermitem nie oznacza, że brak mi profesjonalizmu. Jestem człowiekiem i współpracuję z ludźmi! Dlatego nie chcę czytać litanii o tym, że mi nie wypada, bo wiek, pozycja, stanowisko, biznes, klienci... Uwierzcie mi, że w kontaktach czysto biznesowych jestem wzorową #girlboss i dostajecie ode mnie uprzejmy konkret. Korespondencja ze mną to czysta przyjemność ;) Ale w tym wszystkim wybieram być sobą, być autentyczna i podążać za intuicją. Nie udawać, by ktoś mnie zauważył i „potraktował mnie poważnie” jako kobietę biznesu. 





poniedziałek, 17 lutego 2020

Moim bzikiem jest (między innymi) potrzeba porządkowania, segregowania i szufladkowania – ale tylko przedmiotów! Jestem polską Marie Kondo. Niespełnionym cieniem Anthei Turner z „The Perfect Housewife”. Jestem królową porządku we własnym chaosie. Najchętniej zwijałabym wszystko w małe ruloniki, składała w kosteczkę. Chowałabym wszystkie drobiazgi do małych pudełeczek, a te małe pudełeczka do większych pudełek i koszyków. Mój świat wyglądałby, jak Szuflandia: same szuflady pełne przegródek, pudełek, teczek...

Jak już się pośmialiśmy, to teraz serio: zaprawdę powiadam Wam, że ja uwielbiam, kiedy wszystko ma swoje miejsce, wtedy jest miejsce na wszystko! I niezmiernie ułatwia to życie, bo kiedy słyszę: „Mamo! Nie wiesz gdzie jest moje...?” albo „Dunka! Gdzie znajdę...?” To ja oczyma wyobraźni widzę to miejsce, w głowie otwiera mi się odpowiednia szufladka, sięgam do przegródki, otwieram teczkę lub podnoszę wieko pudełka i jest. Po prostu JEST! 

Zatem jako królowa porządku stałam się również władczynią kosmetyczek w liczbie... kilku? ;) I porządkują one mój świat nie tylko w podróży. Jedna kosmetyczka, a właściwie zestaw, to tak zwany dyskretnik. Powstał już jakiś czas temu i używam go do przechowywania podpasek, tamponów i – osobno - wkładek higienicznych. Kosmetyczki zabieram na wyjazdy, ale używam ich też w domu. Bo nie żeby to był wstyd mieć okres. Ale po co te ostentacyjne i nieestetyczne opakowania mają mi zaburzać przestrzeń?! ;)


Drugą kosmetyczkę noszę w torbie – (prawie) zawsze przy sobie. Bo uwielbiam moje wielkie torby, ale niech mnie teraz grom z jasnego nieba trześnie, jeśli powiem, że nie klnę, jak szewc szukając w niej kluczy czy portfela. Tak więc przynajmniej plastry, chusteczki i Octenisept trzymają się razem w podręcznej apteczce, w której udostępniają też odrobinkę miejsca na słuchawki namiętnie plączące swe kabelki.


Do torby trafił też cudowny wynalazek w postaci etui na bilet miesięczny. Nie lubię tych bezdusznych plastikowych zawieszek na karty magnetyczne. Moja zatem jest kolorowa – w koniki ;) Ma smyczkę, więc przypięta do torby jest zawsze dostępna, jak rewolwer dla rewolwerowca. Pif-paf! I skasowany bilecik. ;)


I na koniec najnowszy nabytek – zielona kosmetyczka z różowymi akcentami. Powstała w wyniku testowania nowej metody wszywania zamków błyskawicznych. Wykorzystałam resztkę materiału, która okazał się na tyle duża, że mam całkiem sporych rozmiarów saszetkę.


I bardzo dobrze się stało, bo DOKŁADNIE TAKIEJ potrzebowała moja perfekcyjna dusza do zabierania w podróż kosmetyków do makijażu i wsuwek. Bo (nie)cierpię, kiedy wszystko to biega między szczoteczkami do zębów a antyperspirantem.


I takimi kolorowymi sposobami porządkuję swój chaos i ułatwiam sobie życie. Czy jest jeszcze ktoś, kto kosmetyczki uważa za drobiazg niezmiernie przydatny i pożyteczny? Dajcie znać, czy też zdarza Wam się segregować, porządkować i wchodzić w posiadanie kolejnych pudełek, koszyczków i kosmetyczek ;) A póki co pozdrawiam, PA!!

PS: a jeśli masz ochotę na swoją własną kosmetyczkę mniejszą lub większą zapraszam do sklepu T-Bags - jest wybór, są kolory, jest w czym wybierać ;)



Najczęściej odwiedzane