eko torebki na zakupy

Lniana listonoszka z haftem

Słoneczny worko-plecak

T(iny) kosmetyczka

Junk Journal

wtorek, 14 maja 2019

Dzisiejszy wpis nie będzie o tym, jak zabezpieczać bezcenne odbitki przed wpływem warunków atmosferycznych. Nie znajdziecie tu też fachowej, technicznej wiedzy na temat kompresji zdjęć, galerii online, czy systemów archiwizowania w folderach (a takowy jako perfekcjonistka oczywiście mam!). Dziś będzie wpis o tym, jak zapakować zdjęcia, jeśli chcemy je komuś podarować. A może po prostu zamiast tradycyjnego albumu mamy chęć na inne, ciekawe rozwiązania?

W obecnych czasach zdjęcia przechowujemy głównie w telefonie, na dysku, w chmurze. Mało kto wywołuje zdjęcia zwłaszcza, że przy dostępności aparatów fotograficznych w telefonie robimy ich dziesiątki i setki. A jednak nadal są tacy, co to wolą czasem usiąść i przejrzeć album taki ze stronami, a nie z plikami. Są tacy, co przechowują zdjęcia w kopertach, pudełkach, przewiązane wstążką wraz z pamiątkami po tych wyjątkowych chwilach. Nie zapominajmy też o tym, że prawdziwy renesans przeżywają domowe galerie ścienne. No i jeszcze wspomnę, że poza selfiaczkami z dziubkiem, co raz częściej decydujemy się na profesjonalne sesje. Dostajemy piękne ujęcia, obrobione fotki, na których (zwykle) się sobie podobamy ;) No to co zrobić z odbitkami? Jeszcze te z sesji to pół biedy, bo Fotografowie zwykle dbają o taki detal, jak opakowanie na zdjęcia. Ale kiedy wywołujemy zdjęcia sami, to co?

Junk Journal

Jak już wiecie poczułam lekką miłość do tej formy przechowywania zdjęć i pamiątek. I choć sama swojego jeszcze nie mam - planuje takowy w końcu zrobić - to zachwyca mnie, jak w swobodny i artystyczny sposób można prowadzić taki album, dziennik, pamiętnik. 


Junk Journal można zrobić samemu. Pewnie wielu z Was ma w domu kolorowe papiery, stare torebki prezentowe czy kartki imieninowe/urodzinowe. Wystarczy to wszystko poskładać do kupy i włożyć w jakąś okładkę. No tak! Powiecie, że łatwo się mówi, a ja sama nie mam Junk Journala i mój pierwszy powstał również z dużą dozą niepewności... Owszem, jest to raczej rozwiązanie dla osób z nieco artystycznym zacięciem, ale myślę, że dla chętnego nic trudnego! ;) Na prawdę z prostych elementów można zrobić coś fajnego. Zerknijcie chociażby tu - na wpis o albumie z kopert. A skoro już o kopertach mowa, to...

Koperty z tkaniny

Innym fajnym rozwiązaniem nie tylko na przechowywanie zdjęć, ale również na ich zapakowanie na prezent są ozdobne koperty z tkaniny. Widywałam już koperty ze skóry, ale tkanina wydaje mi się bardziej praktyczna ponieważ wielość wzorów, kolorów i rodzajów tkanin daje nieskończone możliwości dopasowania ich do okoliczności. I tak np. na zdjęcia ze Świąt Bożego Narodzenia możemy wybrać wzory w gwiazdki, reniferki i bałwanki, a na zdjęcia z Chrztu czy Komunii klasyczną biel, czy coś subtelnego, pastelowego. 


Koperty są bardzo praktyczne: organizują zdjęcia, możemy je trzymać razem w jednym pudle, możemy je dodatkowo oznaczyć jakimiś tagami z opisem, co jest w środku. A kiedy się zabrudzą - można je uprać i używać dalej! ;)

Jak widzicie pomysłów na przechowywanie zdjęć może być kilka. Wszystko zależy od naszej kreatywności i chęci. A jak u Was wygląda sytuacja ze zdjęciami? Wywołujecie? Macie domowe galerie, czy kolekcję albumów? Dajcie znać :)

A dla ciekawych innych rozwiązań polecam jeszcze wpis:

wtorek, 30 kwietnia 2019

To już będzie ostatni wpis z serii "jak powstały małe torebki, czyli moja droga do dotacji". Dzisiaj o zakupach. No bo jak już w końcu dostaniemy tę dotację, to jakoś musimy te pieniądze wydać. A wydajemy według wcześniej ustalonej w planie biznesowym listy - kosztorysu. Wydaje się to kaszką z mleczkiem, ale w moim przypadku nie wszystkie zakupy okazały się trafione i udane, choć wtedy wydawało mi się, że wszystko jest przemyślane. 

Planowanie. 

Jeszcze przed składaniem wniosku warto wypisać sobie cały zbiór pomysłów, które przychodzą Wam do głowy. Wpiszcie na swoją listę "must have" dosłownie WSZYSTKO!, co uznacie za potrzebne lub po prostu chcielibyście mieć w ramach swojej działalności. Taka burza mózgów. Możecie nawet popatrzeć na forach, sklepach branżowych: co sprzedają, co oferują. Możecie podpytać znajomych - nawet tych spoza branży - jak uważają, co może się przydać? Ja dostałam kilka rad, ale przede wszystkim miałam w głowie ten swój plan i wydawało mi się, że wszystko mam przemyślane... No i źle mi się wydawało :D

Pierwsza selekcja. 

Teraz wykreślcie z listy to, czego nie możecie kupić w ramach dotacji z racji takiej, że zabrania tego regulamin. Tak! Może się tak zdarzyć, że regulamin w jakiś sposób ogranicza możliwości wydatkowania dotacji. Dalej wykreślcie to, czego zakupu nie będziecie w stanie racjonalnie uzasadnić. Np.: w moim przypadku trudno byłoby uzasadnić konieczność kupienia telewizora ;) Ale już komputer udało mi się kupić, ponieważ prowadzę sprzedaż głównie przez Internet, a do tego sama zajmuję się przygotowaniem wszystkiego do publikacji. Jest to więc jedno z narzędzi pracy.

Poszukiwania. 

To jest najdłuższy proces, bo teraz trzeba znaleźć wszystko z listy, spisać ceny, oszacować ilości i zmieścić się w budżecie. Mała rada: zapisujcie sobie gdzieś w folderze lub w zakładkach linki do WSZYSTKICH znalezionych stron. Uwierzcie mi, że to mega Wam ułatwi późniejsze zakupy. Nie będziecie tracić czasu na ponowne poszukiwania. W przypadku zakupu maszyn lub większych/drogich urządzeń poproście o ofertę dla Was: powiedzcie, że staracie się o dotację i chcielibyście ewentualnie fakturę proforma - można ją bowiem dołączyć do planu biznesowego w ramach uwiarygodnienia wysokości kwoty. 

Kupuj z głową - pomyśl dwa razy. 

Niestety w trakcie planowania, selekcji i poszukiwania podążamy trochę bardziej za głosem serca niż rozumu. W końcu bowiem będziemy mieli kasę na wszystko, o czym od dawna marzyliśmy, z czego rezygnowaliśmy. Dlatego na serio przemyślcie wszystko dwa, a nawet pięć razy.

Co u mnie nie pykło? 

Napiszę Wam jakie zakupy u mnie okazały się nietrafione. Może to będzie dla Was powodem do przemyślenia niektórych wyborów lub wyjścia poza szablonowe myślenie ;) Po pierwsze tła fotograficzne. Marzyłam wręcz o nich! Męczyłam się z brystolem, którego każde zagięcie, załamanie wychodziło na zdjęciu. Marzyłam, że z dotacji kupię sobie prawdziwe, profesjonalne tła i w końcu robienie zdjęć będzie łatwiejsze. Niestety okazało się, że tła fotograficzne słabo sprawdzają się w fotografii produktowej. Po pierwsze - może ja akurat na takie trafiłam - moje tła są same w sobie nieostre. Nieładnie to wygląda na wąskich kadrach, a głównie takie zdjęcia przecież robię. Poza tym kupiłam winylowe, a na nich też widać każde zagięcie, więc bardzo muszę na nie uważać. Co by było lepsze? Zwykłe dechy, które można pomalować, lub zostawić surowe. Dzianiny swetrowe - można kupić fajne panele z warkoczami. Płyta pilśniowa pomalowana na jakiś kolor. A ja najczęściej używam starych desek znalezionych w ogródku lub kawałka lnu. Przeszacowałam też ilości niektórych dodatków. Po co mi bowiem belka wigofilu czy flizeliny? Ale wydawało mi się, że będę ich używać więcej... Za mało za to zaplanowałam i kupiłam sznurków, których używam BARDZO dużo. Żałuję też, że przyoszczędziłam na oświetleniu. Wydawało mi się, że lampka za ok 100 zł, to już będzie git. Pomijam już nawet to, że dałam się nabrać na super opis i pochlebne opinie, a lampka okazał się bublem! Ale trzeba było wziąć na prawdę coś na wypasie. W końcu moje oczy, to moje najważniejsze narzędzie pracy... ;) Zła jestem też na siebie, że posłuchałam pewnych rad i zrezygnowałam z zakupu np. aparatu. Pieniędzy z pewnością by wystarczyło na jakiś podstawowy aparat, a to, że mam swój? No mam, ale on też już ma swoje lata... Podsumowując: z perspektywy czasu myślę sobie, że mogłam lepiej wykorzystać tę dotację i przeznaczyć na te sprzęty, na które potrzebny jest już odrobinę większy budżet...

I na koniec jeszcze taka mała rada: nie bójcie się negocjować ze sprzedawcami zwłaszcza jeśli kupujecie w jednym miejscu więcej rzeczy. Pytajcie o darmową wysyłkę czy jakiś gratis ;) No i pamiętajcie, że na wszystko musicie brać faktury na swoją NOWĄ FIRMĘ ;) 

To koniec mojej historii. Firmę muszę utrzymać przez rok. Wiedziałam, że będzie ciężko, ale dodatkowe zawirowania w życiu prywatnym dokładają mi na głowę... Dlatego choć bardzo się staram i wkładam ogrom pracy, to firma jakoś nie może się rozkręcić, a ja trochę tracę zapał. Ale nie poddaje się, jeszcze NIE! I wszystkim tym, którzy zdecydują się spróbować życzę tego samego: nie poddawajcie się, próbujcie. Trzeba się trochę postarać, ale chyba warto, żeby spełniać swoje marzenia? ;)


Inne wpisy w tym temacie: 





środa, 24 kwietnia 2019

Dzień dobry. Jak tam wiosna u Was? U nas na całego i jedyny minus, to płatki z magnolii trzeba sprzątać, jak liście jesienią ;) Ale w końcu się nieco ociepliło. 

A co w pracowni? Chwilowa cisza, bo Mały Człowiek nieco zachorzał, więc siedzi w domu. Tak więc i ja siedzę i dotrzymuję mu towarzystwa.  Ale ostatnio uszyłam portfelik w ciemnych kolorach i miła niespodzianka: znalazł on od razu nabywcę. 

Co jeszcze...? A jeszcze biorę udział w wyzwaniu Joanki Z. w ramach #fashionrevolutionweek2019. Pod hashtagiem macie link do oficjalnej strony, gdzie możecie znaleźć informacje na temat samej organizacji, a także tego, jakie działania możecie podejmować aby szerzyć idee Fashion Revolution. Ja ze swojej strony chcę Wam przybliżyć swoją działalność, pokazać pracownię i uświadomić Szanownej Widowni, że uszycie nawet najprostszej wydawałoby się rzeczy wymaga czasu, dokładności, umiejętności i SERCA! Jeśli macie Facebooka (@tinybagspl) lub Instagram (@t_bags_pl) możecie podglądać przez kolejne dni życie w pracowni tak trochę "od kuchni" ;) A powiem Wam, że na Insta to nawet filmiki ze sobą we roli głównej udostępniam ;)

No i to tyle z bieżących spraw ;) A poza tym chciałam jeszcze Wam pokazać dwa drobiazgi. Pierwszy to tytułowe czapki dla kucharza. Bo zgłosiłam się na ochotnika w przedszkolu. Panie tak ładnie prosiły, a nie było chętnych... No to wiecie, rozumiecie ;) Na szczęście czapki nie dla całej grupy ;) - miało ich być kilka na zajęcia w ramach jakiegoś projektu o zdrowym żywieniu. Ale w związku z tym, że czapek kilka, dzieci dużo, głowy różne, to czapka musiała być odrobinę uniwersalna. Wyszło tak:


Czapka uszyta jest z prostokąta o długości 54 cm i szerokości 20 cm złożonego na pół oraz koła o średnicy 40 cm. Z tyłu wszyłam kawałek gumki, żeby dzieciom z mniejszą głową na oczy nie spadała ;) Górną część najpierw fastrygowałam ręcznie i dopasowałam do opaski, spinałam szpilkami, a potem szyju-szyju na maszynie. Chyba nieźle wyszło, co nie?

Drugi drobiazg to zazdrostka do łazienki. Wcześniej była tu żaluzja starego typu, ale mechanizm się rozlatał i nie dało się jej odsłonić. W związku z tym w łazience w kafelkach ciemne bordo (ciemniejszy już jest tylko czarny) panował wieczny mrok. Zdjęłam więc żaluzję i powiesiłam zazdrostkę. Niestety u niektórych użytkowników łazienki budziło wątpliwości, czy owa firaneczka powstrzyma ciekawskie oczy sąsiadów. Moim zdaniem ktoś musiałby zrobić jakieś poważne przedsięwzięcie ze zwyżką, żeby coś zobaczyć, ale dla świętego spokoju użytkowników uszyłam mniej przezroczystą. I teraz uwaga: będzie prezentacja, a zdjęcia oddają dokładnie mroczny klimat naszej łazienki ;)


A tak serio, to od kiedy pół okna jest odsłonięte, to w słoneczny dzień jest tam bardzo jasno, więc spoko. 

No i tak. To w sumie będzie na tyle. A nawiązując do poprzedniego wpisu, to staram się wraz z przybyciem wiosny myśleć pozytywnie, nie dołować się: co ma być, to będzie ;) Jak tylko Mały Człowiek w końcu się ogarnie z kaszlem, to idziemy na lody, rower i w ogóle! NO! To miłego i do następnego wpisu, PA!

PS: I czekamy na Ciebie Sis ;) 





czwartek, 11 kwietnia 2019

Uwaga! Będzie to wpis, w którym mega wylewam swoje żale i frustracje, więc jak ktoś nie lubi takich wpisów, to proszę niech nie czyta. Bardzo długo zastanawiałam się, czy zamieścić ten wpis i dzisiaj tak poczułam, że jednak muszę, bo już mi się zwyczajnie nie chce...

Prowadzę bloga od prawie ośmiu lat. Mam swoją firmę, swoją markę od ponad pół roku. Spędzam godziny przed komputerem, by dać znać o sobie światu, a i tak czuję się NIEWIDZIALNA. Mam wrażenie, że mój blog trafia w jakąś czarną dziurę Internetu. Że moje komentarze są jak obłoczki, które płyną, znikają... Czasem się muszę uszczypnąć, żeby się przekonać, czy ja naprawdę istnieję...

Publikuj, żeby Internet Cię nie zapomniał.
Siedzę i planuję posty na Facebooka z wyprzedzeniem, na cały tydzień. Co chwilę wchodzę na Instagram: komentuję, reaguję, wrzucam coś swojego. Założyłam konta na kilku galeriach sprzedażowych. Czytam poradniki: o hashtagach, o zdjęciach. Robię szpagat z gwiazdą, a moja firma i tak nie zarabia...

Komentuj, żeby Cię poznali.
Tak piszą wszyscy doradcy, którzy pomagają blogerom "się wybić". No więc przestałam się bać zostawić komentarz, ślad po sobie. Siedzę czasem po nocach i czytam, komentuję... A u mnie? Cisza... Już nie wiem, co robić, bo to raczej nie o treści chodzi. Znam wiele blogów, na których jest misz-masz tematyczny, jak u mnie i mają dziesiątki komentarzy pod każdym wpisem, a ja mam radochę, jeśli pojawi się choć jeden...

Weź udział w wyzwaniu - zdobędziesz nowych obserwatorów.
Kolejna rada z artykułów z dziedziny: "co robić, żeby mój blog był popularniejszy". I co? Wzięłam udział w wyzwaniu i to nie jednym. Biegałam po wpisach uczestników, komentowałam. Rezultat? Kilka zdawkowych komentarzy od organizatorów. Kropka.

Szukaj wsparcia u "większych".
To taka rada, którą kiedyś dostałam od kogoś... Ktoś mi kiedyś powiedział: "Znajdź blogi, społeczności w sieci, które wspierają kobiecy biznes; które stoją u boku mam chcących wrócić na rynek pracy ze swoją działalnością. Kogoś, kto rozumie rynek małych biznesów i rękodzieła." Znalazłam. Zobaczyłam, że drukują historie różnych kobiet, na różnym etapie budowania swojej kariery. Napisałam do nich z nadzieją, że opublikują również mój list i w ten sposób świat usłyszy o marce T-Bags. Zawiodłam się. Dostałam w odpowiedzi maila, który był jak automatyczna odpowiedź: "Gratulujemy, że wzięłaś sprawy w swoje ręce. Wszystkiego najlepszego. Pozdrawiamy." Czym moja historia jest gorsza...?

Zwyczajnie mi się już odechciewa. Tracę energię i zapał. Godziny w Internecie nie przynoszą żadnych rezultatów. Ja już mam nawet wyrzuty sumienia, że śpię w nocy, bo szyję, piszę, dodaje posty, czytam wpisy innych, komentuję, a i tak na coś mi brakuje sił i czasu, i tak jestem nadal NIEWIDZIALNA. Ja nie zazdroszczę. A nawet jeśli, to pozytywnie, bo może to dziwne w dzisiejszych czasach, ale sukces innych mnie motywował... Ale co raz bardziej mi się nie chce... A jeśli nic się nie zmieni, będę musiała zamknąć firmę, porzucić to, co kocham i iść na etat. 

Tak czy inaczej bardzo dziękuję Wam wszystkim, którzy tu jesteście ze mną. Dziękuję za Wasze komentarze - uwierzcie, że to naprawdę WIELKA RZECZ dla mnie. Cieszę się, że w końcu to wyrzuciłam z siebie. A teraz muszę chyba trochę odpocząć... Pozdrawiam serdecznie, PA!





poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Dzień doberek. Jak Wam mijają te pierwsze wiosenne dni?  Chociaż coś ta nasza wiosna nie może się rozkręcić: niby słońce, niby się zieleni, ale rano dachy białe, a i w ciągu dnia czasem wiosenny wietrzyk przeszywa kości ;) Ale to nic. SŁOŃCE i tak jest najważniejsze!

A dzisiaj zapraszam Was do naszej biblioteczki Małego Człowieka. Wspominałam Wam we wpisie jakiś czas temu - to w zeszłym roku jeszcze było - że zamówiłam hurtem książeczki dla Małego Człowieka. Oczywiście zdążyliśmy już przeczytać wszystkie - niektóre nawet dwa razy. I mamy swoje zdanie na ich temat. 

Na początek Jonny Duddle i jego "Piraci z naszej ulicy". Książka Wydawnictwa Mamania w przekładzie Agnieszki Frączek na polskim rynku jest od maja 2017. Co mnie skusiło, żeby kupić tę książkę? Pewnie się domyślacie, że ma fajowe ilustracje.


O tak! Ilustracje autora są świetne: kolorowe, dynamiczne i lekko komiksowe, a ja lubię komiksy. I tym razem nie ilość, a jakość treści była powodem zakupu. Bo oto książka jest o tym, jak to my dorośli szybko oceniamy innych: po pozorach, po wyglądzie, stereotypowo. I jeszcze o tym, że dzieci są inne, pozbawione uprzedzeń, chyba, że my - dorośli ich tego nauczymy. Krótka wierszowana opowieść o przyjaźni małej Matyldy i pirata Jima, to lekcja nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych.

EDIT:
Dodam jeszcze, że książka ma format zbliżony do A4, dzięki czemu radoch z oglądania ilustracji jest jeszcze większa ;)

Kolejną książką, na którą się skusiłam jest książeczka szwedzkiej pisarki i ilustratorki Gunilli Bergström. Mamy pewnie się domyślają, że będzie to coś z serii o Albercie. Zdecydowałam się na "Czy jesteś tchórzem, Albercie?" Wydawnictwa Zakamarki w tłumaczeniu Katarzyny Skalskiej. Tym razem powodem zakupu były liczne opinie o całej serii, z którymi spotykałam się na rożnych stronach internetowych. Seria o Albercie jest bowiem reklamowana jako książki opisujące świat i emocje z punktu widzenia dzieci. Część, na którą się zdecydowałam rozkminia temat bójek. Bo Albert z zasady się nie bije. Dlaczego się nie bije? Bo boi się bójek. I czy to wstyd?


"Czy jesteś tchórzem, Albercie?", to kolejna książka, która uczy i dzieci, i dorosłych. Uczy nie tylko o bójkach i przemocy jako takich, ale też o byciu sobą, o tym, że nie trzeba się wstydzić swoich lęków i że większą odwagą wykazuje się ten, kto sprzeciwia się wszystkim, żeby bronić swoich przekonań. 

Książka w twardej oprawie, ładnie wydana, z charakterystycznymi dla autorki ilustracjami jest napisana w prosty i przystępny dla dziecka sposób. Oczywiście znowu ilość treści nie powala, ale ponieważ spodobał mi się sposób w jaki Gunilla rozprawia się z problemami emocji i relacji społecznych, to uznaję zakup za trafiony! Czy kupię inne książki z tej serii? Nie wiem... Może, kiedy Mały Człowiek zacznie sam czytać i uzna, że chce poznać inne przygody Alberta... Ale na razie z innymi problemami jakoś radzimy sobie sami lub przy pomocy innych książek ;)

Ostatnia książka, o której chcę Wam dzisiaj wspomnieć, to "Mała encyklopedia domowych potworów" Stanislava Marijanovića (mam nadzieję, że dobrze to odmieniłam i zapisałam ;) - jeśli nie - poprawcie mnie, proszę). 


Kim są opisane potwory? Czy to stwory z szafy, czy spod łóżka? Oj, nie, nie! To stwory z naszego życia. Autor w zabawny sposób opisał i zobrazował nasze wady i słabości oraz drobne wypadki i sytuacje, które przytrafiają się nam na co dzień. "Mała encyklopedia domowych potworów" to fajny sposób, żeby pokazać dziecku, kim są tak naprawdę potwory i że na pewno nie ma powodu się ich bać. 


Szczerze mówiąc skusił mnie tytuł i myślałam, że to będzie taki sposób na pokazanie Małemu Człowiekowi, że odgłosy domowe, cienie na ścianie i ciemność w kącie, to nic strasznego. Że mieszkające tam potwory, to tylko nasza wyobraźnia. Jednak potwory z "Małej encyklopedii..." są zupełnie inne, ale równie dobrze na nas podziałały.

Dodatkowo Wydawnictwo Nasza Księgarnia bardzo fajnie wydało tę książkę: twarda oprawa, strony na matowym, dość grubym papierze. No i po raz kolejny: ilustracje autora wymiatają! 

To tyle na dziś. Może któraś z książek Was zainteresuje. Może którąś znacie, czytaliście. Jak coś - piszcie! :)

A teraz już macham do Was na pożegnanie z pirackiego statku. ;) Ahoj!





piątek, 29 marca 2019

No to tak. Szkolenie odbębnione. Biznesplan* napisany i nawet złożony... W terminie! I znowu czekamy. Jak już wspominałam: ja trafiłam na taki projekt, że czekanie to był chyba jeden z jego elementów. I w końcu pewnego sierpniowego dnia (przypomnę, że wniosek składałam na przełomie lutego i marca) cudownie pojawiła się na stronie tabelka z wynikami i w tym samym czasie koordynatorzy z Izby Gospodarczej dzwonili do nas. Kiedy dostałam telefon już wiedziałam, że nie otrzymałam dofinansowania. 

Prawda wyglądała tak, że gdyby nie było etapu odwoławczego tylko od razu braliby pierwsze 18 osób, to ja byłam dziewiętnasta :/ Jaka była moja reakcja? Generalnie to akurat obiad robiłam - pamiętam, że gdzieś między garami odświeżałam stronkę z wynikami i odbierałam telefony. Zrobiło mi się nieco przykro, ale pomyślałam, że to nic, że będę działać, próbować, a może postaram się o dofinansowanie z Urzędu Pracy. A potem przyszedł Mr. T. i powiedział: "ale ku*wa jak to!! Pisz odwołanie!!"  I wtedy się popłakałam, bo pomyślałam, że Mr. T. ma rację. Jak to?!#*!%!?!?!*! Przecież miałam GENIALNY biznesplan! Tyle pracy... Tyle czasu! Buuuuuuuuuuuuu i się poryczałam. Ale potem otarłam łzy i musiałam ZNOWU poczekać: na karty oceny. 

Ocena: dostaje się od dwóch osób uzupełniony formularz, w którym oceniają kolejne części naszego biznesplanu. Ocena składa się z przyznanych punktów oraz z opisu = uzasadnienia osoby oceniającej. Jak dla mnie bardzo osobiście, to wygląd moich kart oceny budził zastrzeżenia. Szczególnie jednej z nich, gdzie ocena opisowa nijak miała się do otrzymanych punktów. Takie na zasadzie: "bardzo dobrze pani Madziu, bardzo dobrze, ale punktów ni-chu-ja!". Stwierdziłam zgodnie i komisyjnie z Mr. T. i moim doradcą od biznesplanu, że grzechem byłoby nie napisać odwołania.

Ostatnia deska ratunku: odwołanie! Piszcie! Nie dajcie się! ;) Mówi to osoba, która chciała machnąć na to wszystko ręką ;) Ale napisałam na 3,5 strony! Jak napisać odwołanie? Jak powinno wyglądać? W moim przypadku odwołanie nie miało narzuconej formy. Po prostu punkt po punkcie zbijałam te absurdalne argumenty powołując się na to, co już napisałam w samym biznesplanie, cytując nawet jego fragmenty. Była to też szansa na uzupełnienie pewnych informacji, o których z jakiegoś powodu zapomniałam lub rozwinąć powstałe niedomówienia. Dodatkowo dołączyłam karty produktów - wydrukowane zdjęcia moich produktów z krótkim opisem - które miały przekonać oceniających, że umiem, a oni GRUBO się MYLĄ!

Minęło kolejne kilka tygodni i wreszcie pod koniec września dowiedziałam się, że TAK! Dostałam dotację! "Gratulujemy - cieszymy się razem z panią i robimy meksykańską falę na pani cześć!" ;) A tak serio, to było mniej więcej tak: "No pani Magdo dostała pani dotację. Proszę jutro iść założyć działalność, żeby dopełnić formalności."

I tak oto powstała firma T-Bags Pracownia Kreatywna. Nie będę Was dalej już zanudzać formalnościami związanymi z zakładaniem DG, czy rozliczaniem projektu z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że jak założyć DG nauczą Was na szkoleniu, albo lepiej dowiecie się z jakiś profesjonalnych poradników. Jeśli jednak chcecie bym to ja Wam dała jakieś rady, czy wskazówki - piszcie śmiało. Po drugie rozliczanie projektu zależy od projektu, więc sami rozumiecie ;) 

Po przemyśleniu: no dobra - kilka zdań w temacie rozliczenia. Kiedy już dokonacie formalności z zakładaniem DG, konta firmowego i podpisywaniem tych wszystkich papierków, dostajecie na konto kwotę do wydania. I robicie zakupy: ZAWSZE na fakturę, ZAWSZE na nową firmę, bo faktury są podstawą zatwierdzenia rozliczenia. W moim projekcie można było robić przesunięcia środków do 10% wartości danej kategorii. Czyli jeśli kupowałam sznurek i wydałam na niego 370 zł, a nie 400 zł jak założyłam w budżecie, to zmiany takiej nie musiałam zgłaszać, a zaoszczędzone pieniądze wydać np. na tasiemki. Natomiast żeby robić zmiany na wyższe kwoty trzeba było napisać podanie, do którego trzeba było załączyć poprawione TRZY tabelki z części rozliczeniowej biznesplanu. I to w wersji papierowej! Tak oto Unia dba o środowisko... No w każdym razie wszystko jest do przejścia, do ogarnięcia, tylko te zakupy tyyyyyle trwają...

I tak oto od młodzieńczych marzeń o sklepie z torebkami, przez pracownię na parapecie z lastryko w naszej sypialni doszłam do własnej firmy T-Bags, którą (z jak na razie dość marnym skutkiem) prowadzę. 

Jakie mam plany na przyszłość i marzenia? Po pierwsze chciałabym, żeby w końcu zaczęli pojawiać się klienci. Nie dwóch w miesiącu, ale dwóch w tygodniu, bo na dwóch dziennie, to jeszcze muszę popracować ;) Żebyście pokochali T-Bagsowe drobiazgi tak, jak ja je kocham tworząc je każdego dnia. I nie - nie marzę o wielkiej firmie, fabryce torebek, manufakturze drobiazgów. Marzę, żeby robić to, co robię, to co kocham i mieć z tego fajny grosz i czas dla Rodziny. 

Tak, jak zapowiadałam będzie jeszcze mały poradnik o tym, jak ogarnąć zakupy, żeby z pożytkiem wydać dotację. Ale to już następnym razem. A póki co dziękuję, że jesteście. Ściskam Was i ślę moc serdeczności, PA!



* Okazało się, że prawidłowo powinno się pisać "plan biznesowy", ale jeśli już się uprzemy na biznesplan, to jak widać piszemy razem, bo to mniejsze zło. Wybaczcie - nie chce mi się poprawiać wszystkich wpisów, ale od teraz będę pisać bardziej poprawnie ;)

środa, 27 marca 2019

No i tym razem się udało! Wyrobiłam się z kartkami wielkanocnymi grubo przed czasem. Owacja na stojąco! 

Nie obyło się bez skuchy, a nawet dwóch ;) Jedna to taka, że liczyłam i liczyłam, a i tak zabrakło mi jednej ;) Ale już doszyta. O drugiej będzie w dalszej części. 

A czy ja już pisałam, że w tym roku zaszalałam? Chyba tak. Może TU albo TU? W każdym razie jestem z siebie taka dumna, że teraz chyba do końca życia będę się chwalić tymi kartkami ;)

No i jeszcze się powtórzę, że motywem przewodnim są kwiaty, ale są dwa małe wyjątki. Poprzednio pokazywałam zajączka z filcu. A dzisiaj taki bardziej dostojny i tradycyjny zając wielkanocny: 


Dalej powstały kolejne haftowane kartki. Bardzo lubię taki lekko niezgrabny sposób haftowania - jak się coś spitoli, zawsze można powiedzieć, że tak miało być ;)



Powstał też tulipan podobny do jednej z pierwszych prezentowanych kartek. Ale ponieważ wszystko robię ze ścinek, które mi zostają w pracowni, to po prostu nie ma dwóch takich samych kartek.


I na koniec skucha nr 2 :/ Wyhaftowałam kwiatuszki: różne, różniste, kolorowe. I przykleiłam na kartonik. Tym samym klejem, co inną wykańczaną w tym samym czasie kartkę. I niestety - na tej jednej wyszły plamki z kleju :( Próbowałam ją uratować kleksami z akwareli, ale klej jest wodoodporny i farba spłynęła z plamki. Mam też takie wrażenie, że przez kleksy kwiateczki odrobinę zniknęły... Nie zmienia to jednak faktu, że kartka BARDZO MI SIĘ PODOBA. I z niej też jestem dumna - mimo wszystko ;) A wygląda tak:


No i to już wszystkie kartki na tegoroczną Wielkanoc. Jak Wam się widzi taka kolekcja, która już za chwilę ruszy w świat? ;)

No i to na dzisiaj tyle. Idę trochę odpocząć, bo ostatnio siedzę po nocach... :/ Pozdrawiam i do następnego, PA!





Najczęściej odwiedzane