kalendarz uniwersalny

'miedziana' taca

skórzane uchwyty do szafek

breloczek - tag

anioł

poniedziałek, 5 czerwca 2017

ostatnio niemal nałogowo przerabiam stare ubrania (i nie tylko) na coś nowego ;) była już taca z formy do tarty, miś ze swetra, poszewki z męskich koszul, a nawet pled z poszwy na kołdrę ;)

dziś kolejny projekt recyklingowy ;) plecak - worek ze spódnicy :) Sis kojarzy zapewne wzór ;) przejęłam bowiem tę spódnice po niej. lubiłam ją, ale była już odrobinę sprana, znoszona, a do tego wyszła ona nieco poza granicę 'mojej mody'. materiał jednak był dobry i od dwóch sezonów leżała na dnie szafy, bo wyrzucić przecież szkoda. może gust mi się jeszcze zmieni...?

gust się nie zmienił, a do tego biodra nieco urosły ;) tak więc spódnica poszła pod nóż, a raczej pod nożyczki, bo był mi potrzebny PLECAK! miała być torba, ale chodząc na spacery z Małym Człowiekiem lubię mieć wolne ręce. dodatkowo wypakowana przydasiami torba mocno obciążała moje ramiona na zmianę ;) a latem - takie zboczenie - nie lubię tych toreb przez pierś, bo za bardzo uwydatniają to i tamto ;) no więc powstał PLECAK - WOREK :)


nie jest duży, ale mimo wszystko jest pojemny ;) wymiary ok 30 x 40 cm. udało mi się kupić idealnie pod kolor sznurek bawełniany. a żeby nie szukać w czeluściach telefonu - wszyłam do środka kieszonkę. wykorzystałam przy okazji zamek ze spódnicy. 


jak widać na powyższym zdjęciu worek ma podszewkę ze zwykłego, białego płótna bawełnianego :) i tyle! uwielbiam go pasjami i jest mega wygodny! 

okazało się, że marzenie o nominacji Liebster Award spełniło się po raz kolejny ;) tym razem nominowała mnie Anita z Anita's Handmade. nie wiem, czy to nie wbrew zasadom ;) bo ja nominowałam ją w marcu. z tego co pamiętam pisałam nawet maila do Anity, ale może coś poszło nie tak...? w każdym razie bardzo dziękuję. czuję się mimo wszystko mile wyróżniona ;) a ponieważ się dziewczyna napracowała wymyślając pytania i pisząc do mnie, a dodatkowo odpowiadając na pytania przedstawiam siebie, to postaram się odpowiedzieć na pytania krótko i zwięźle:

A oto pytania Anity:

1. Co można znaleźć na Twoim blogu?
chyba wszystko bo szyję, dziergam i wyklejam, a do tego staram się upiększać nasze otoczenie - czytaj nasz dom ;)

2. Od jak dawna prowadzisz blog?
bloguje od 2010 roku, a Szafa ma trzy lata

3. Kto lub co zainspirowało Cię do założenia bloga?
nie pamiętam. chyba po prostu nie chciałam tworzyć do szuflady...

4. Czy chciałabyś, aby Twoja pasja stała się sposobem na życie?
w pewnym sensie już jest... ;)

5. Co robisz, gdy dopada Cię "niemoc twórcza"?
staram się robić sobie co jakiś czas przerwy, wakacje, dać na luz, dzięki temu udaje mi się minimalizować wszelkie kryzysy ;)

6. Czy starasz się zarazić innych swoją pasją, czy wolisz raczej, aby pozostała tylko Twoją działką?
'każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma...' ja mam mojego bloga i 'rękoczyny', ale nie znam osobiście wielu osób, które by czuły potrzebę zajmowania się tym, co ja :)

7. Jak wyobrażasz sobie idealne wakacje?
z rodzinką moją wszędzie jest idealnie... a nie! SŁOŃCE TEŻ MUSI BYĆ!

8. Gdybyś mogła przeprowadzić się w dowolne miejsce na świecie, gdzie chciałabyś zamieszkać?
gdziekolwiek, byle w swoim domku... kawałek ogrodu, tarasu i jestem happy ;)

9. Twoje sposoby na dobry nastrój? :)
staram się 'nie wkręcać' sobie, a jak już mnie dopadnie to przytulas od Małego Człowieka i sen... i zwykle jest OK ;)

10. Jesteś typem pracusia czy leniwca?
pracuś. ale czasem zwalniam i leżę. i ROBIĘ NIC!

11. Skąd najczęściej czerpiesz inspiracje?
dużo podróżuje po necie, podglądam prace innych a potem tak długo obracam to wszystko w głowie, aż wyjdzie coś mojego ;)

no i tyle :) nikogo nie nominuję, bo nie mam za bardzo kogo... obserwuję blogi prowadzone od dawna, wielokrotnie wyróżniane i autorki już nie mają 'siły' na takie zabawy...

na koniec jeszcze jedno ogłoszenie: jedziemy z Małym Człowiekiem na wakacje ;) nie ma to jak mama na wychowawczym ;) trochę nas nie będzie i postanowiłam dać  oczom odpocząć od komputera. pewnie nie do końca mi się to uda, ale w najbliższym czasie nie będzie nowych wpisów. zapraszam jednak na mojego 'fejsika', bo tam pewnie będę na bieżąco wrzucać jakieś kadry. 

i tym pozytywnym akcentem kończę dziś mój wpis. do zobaczenia za jakiś czas. miłych wakacji, słonecznych dni, udanych weekendów. pozdrawiam, PA!




sobota, 3 czerwca 2017

od dawna nosiłam się z zamiarem uszycia nowych poszewek na poduszki do naszego 'salonu' :) i choć marzyło mi się jedna z dwóch opcji: czarny + biały lub mocny kolor, to w rezultacie zdecydowałam się na bezpieczne szarości wpadające w odcienie niebieskiego :)

kupiłam dwie męskie koszule. oczywiście, że w ciucholu i to w dzień: 1 zł/szt. ;) wybierałam możliwie największe, bawełniane i z możliwie grubego materiału. czemu koszule? po pierwsze fajne i tanie materiały ;) po drugie nie trzeba dodatkowo wszywać zamków, przyszywać guzików i kombinować. 


niestety większość męskich koszul ma kieszonkę na piersi. w przypadku tej ciemniejszej udało mi się zmieścić pod kieszonką. niestety w jaśniejszej się nie zmieściłam, więc guziki są lekko z boku ;)


po włożeniu poduszki okazało się, że poszewka, którą wzięłam za wzór była nieco większa i pewnie bym się w obu przypadkach zmieściła pod tą nieszczęsną kieszonką, ale nieco luźniejsze poszewki wyglądają chyba nawet lepiej niż zbyt dopasowane ;)

no i w ten sposób mam nowe poszewki na poduszki, poszewki z męskich koszul. ale to nie jest moje ostatnie słowo w tym temacie ;) będą kolejne. haha! ;)

dziękuję za wszystkie komentarze - jak do tej pory bardzo miłe :) pozdrawiam serdecznie, PA!





czwartek, 1 czerwca 2017

no i jak tam Wam minął Dzień Dzieciaka? ;) ja się śmieję, że świętowaliśmy przez cały tydzień, bo a to Mały Człowiek dostał coś od sąsiada, a to naciągnął mnie na jakiś drobiazg. teraz tylko chwali się i wymienia całą listę prezentów, jakie zgarnął przez ostanie dni ;)

jednym z nich, który wręczył mu Mr. T. (coś musi być z rąk Taty skoro cały czas to Mama daje i kupuje) był MIŚ. miś, który powstał ze swetra i jest jedyny i niepowtarzalny!... bo więcej z takiego swetra szyć nie będę!!! :)

jakiś czas temu kupiłam w ciucholu gruby sweter w odcieniu ciemnej czekolady. miały być z niego poduszki do sypialni, ale oczywiście po drodze koncepcja się zmieniła i uznałam, że świetnie się ten brąz będzie prezentował na kuchennym pele-mele. już wtedy zaniepokoiły mnie jego właściwości, ale dałam się jeszcze na chwilę zwieść i oczarować jego miękkim splotom ;) na pele mele poszły plecki, więc przód miał iść na poduszkę, a rękawy na maskotkę. HA! tak, tak! miał powstać miś kieszonkowy i to wcale nie taki bardzo mały, bo sweter był w naprawdę duuuużym rozmiarze. niestety kieszonkowy miś wyprowadził mnie z równowagi (super wyszedł mu tylko pyszczek) i już miałam wywalić resztę do kosza, ale jeszcze...! bo przecież szkoda takiego dobrego swetra!

to teraz w końcu powiem, o co chodzi z tymi niepokojącymi właściwościami. nie wiem, czy zdjęcie to oddaje, ale sweter był wykonany dość grubym splotem z włóczki, która daje efekt weluru. był gruby i się kruszył przy wycinaniu. tak: kruszył się. nie pruł, ale KRUSZYŁ! wszędzie było pełno małych, brązowych paproszków! ciężko się to szyło ręcznie. maszyna? ledwo dała radę! dlatego wersja kieszonkowa nie wyszła ;) ale duży miś to już inna bajka ;)

na początku zastanawiałam się, czy zrobić go w formie samej głowy, czy takiego śmiesznego w całości. no i poszła wyliczanka i rzut monetą, i padło na miśka w całej okazałości ;) żeby mieć jak najmniej wielowarstwowego szycia tego swetra uszy powstały z połączenia z filcem, łapki nie zostały niczym wypchane, a przednie / górne ;) przyszyłam za pomocą guzików. pysk i brzuszek z jasnego filcu naszyłam maszynowo, a resztę detali ręcznie.

zszywanie całości też było ciekawe. jak wspomniałam powyżej: maszyna nie była zadowolona, ale jak skończyłam, to ja byłam BARDZO ZADOWOLONA ;)


no i teraz sobie siedzą chłopaki. Mały Człowiek stwierdził, że 'miś w portkach trochę się boi tego nowego, bo taki duziy jest' ;) 

podsumowując: zadanie nie było łatwe. o mały włos i bym się poddała, ale udało się. ze swetra powstał super miś! ;) 

dziękuję wszystkim Zaglądaczom za odwiedziny i miłe słowa w komentarzach :) bardzo mnie cieszy każdy jeden! pozdrawiam wszystkich, PA!





wtorek, 30 maja 2017

dziś w końcu wpis o prezencie na Dzień Mamy. pokazywałam, jak jest zapakowany, a dziś wnętrze ;)

historia tego prezentu sięga wiele kilka ładnych lat wstecz, kiedy o Sis wiecznie zapominała o urodzinach i innych okolicznościach. kazała sobie przypominać, ale i to czasem odnosiło marny skutek. lekko zirytowana będąc nieskuteczną przypominajką i znając naturę Sis, która uwielbia notatniki i kalendarze powiedziałam kiedyś, że chyba na urodziny zafunduję jej taki kalendarz uniwersalny, w którym będą po prostu zaznaczone co ważniejsze daty. Sis podłapała i tak powstał KALENDARZ NA KAŻDĄ OKAZJĘ. w tym roku moja Mama, która zwykle o wszystkim pamięta, w natłoku codzienności ZAPOMNIAŁA! i szeptem do ucha powiedziała mi, że tez taki kalendarz chce. no to jej zmajstrowałam, a że akurat wstrzeliłam się w jej święto, to proszszszsz... ;) okładka:

ja od razu przeproszę za jakość zdjęć, ale po skończonej pracy nie chciało mi się wyciągać każdej kartki z osobna i robić foty, więc foty są jakie są, a są przez folię ;)

ideą kalendarza jest to, że zawiera karty miesięcy bez dni tygodnia. tylko cyferki, numerki i się wpisuje KTO? CO? KIEDY?


poprzedni kalendarz powstał w foliowych koszulkach na płyty CD. dla Mamy wymyśliłam opcję: najzwyklejszy album na zdjęcia w formacie 10 x 15 cm. dzięki temu kratki dni są większe, miesiąc ładnie rozłożony na dwie strony. wszystko się zmieści.


jak widać metody pisania i ozdabiania są rozmaite. nie chciałam jednak przesadzić, bo ozdoby, to tylko miły dodatek do całości ;) dużo flamastrów, cienkopisów, ozdobnej taśmy klejącej. starałam się też papiery dobrać jakoś w miarę kolorystycznie do pór roku :)


a jakby kto pytał, to numery stemplowałam przy pomocy datownika. kawałkiem taśmy zakleiłam miesiąc i rok, i cyk-cyk po kolei. i to w sumie chyba zajmowało najwięcej czasu...

no i tak to właśnie wygląda. kilka wieczorów nad tym spędziłam, ale efekt jest bardzo OK (powiem jeszcze w sekrecie, że najbardziej zadowolona jestem z tego, jak wyszedł maj, listopad i grudzień ;))

i to na dziś tyle :) po zabawach w papierach i mani malowania wróciła mania szycia, ale o tym już następnym razem ;)

dziękuję za Waszą obecność. pozdrawiam, PA!





niedziela, 28 maja 2017

w poprzednim wpisie ostrzegałam, że będzie o kolejnej tacy zmalowanej przy pomocy szprajów ;) i dziś będzie. a jakże ;)

bohaterką dzisiejszego wpisu jest blacha lub jak kto woli forma do pieczenia tarty. dostałam w spadku po Sis dwie takie. i kiedy drewniana taca pełniła role ozdobne w naszym salonie ;) to do noszenia drobiazgów na stół używałam właśnie takiej blaszki. generalnie nie używam tacy często, bo salon mam tuż za progiem kuchni, ale czasem się przydaję, zwłaszcza kiedy z Małym Człowiekiem jemy 'jajka w kieliszkach' - tak nazywa on jajka na miękko ;) blaszka była lekko wyśmigana, więc od dawna planowałam ją pomalować. a że dorwałam farby w sprayu... ;) sami rozumiecie! :)

blachę oczywiście przetarłam papierem ściernym, umyłam i wysuszyłam. potem wnętrze pomalowałam na czarno i psiknęłam tak tylko aby-aby sprayem miedzianym. z zewnątrz na odwrót: najpierw miedziany, potem lekko czarny. 


myślałam jeszcze o jakimś ornamencie w bieli lub miedzi na środku, ale to może kiedyś... z tego, co kojarzę bywały już Blogerki, które przerabiały blaszki do ciasta na tace, pojemniki itp. dlatego nie przypisuje sobie tego wynalazku. ale polecam - jeśli masz starą 'blaszkię' i nie pieczesz w niej od lat, zmaluj sobie tacę ;)

póki co przeszła mi mania malowania sprayem, ale na koniec jeszcze takie małe BHP: do malowania sprayem polecam przywdziać jakąś maskę. w przeciwnym razie będziecie smarkać na kolorowo ;)

dziękuję za Wasze wizyty i składam pokłony za komentarze :) do następnego razu. pozdrawiam, PA!





sobota, 27 maja 2017

pamiętacie moją małą tacę drewnianą, którą postarzałam? nie? to dla zainteresowanych KLIK TU. a dla mniej zainteresowanych przeszłością taca w nowej odsłonie już dziś ;)

ogólnie poprzedni wygląd tacy mi nie przeszkadzał, ale jakoś mi się już znudził i opatrzył. miałam tacę przemalować na biało i nawet zaczęłam, ale jakoś ten biały taki 'oblatany' mi się wydał ;) chciałam tym razem coś mocniejszego!

no i zaszalałam! zaczęło się od tego, że gdzieś w podróżach po Internecie znalazłam tacę czarną. potem zastanawiałam się z czym by tu ten czarny połączyć? i jakoś tak - w sumie to nie wiem skąd, ale to połączenie kolorów jest ogólnie znane - przyszło mi do głowy, żeby dodać kolor miedziany. I PRZEPADŁAM! 


tacę malowałam farbami w sprayu Den Braven. wybrałam czarny mat i miedź. taca stanowi nietypowy akcent w beżowo-szaro-białym pokoju, ale - przynajmniej póki co - NIE DAM JEJ RUSZYĆ!! ;) 

a w kolejnym poście będzie jeszcze o innej tacy. bo dać babie spray do ręki, to zmaluje i przemaluje wszystko, co jej do głowy wpadnie ;) hehe :) tak więc już dziś wszystkich mających oko na żyrafowego bloga zapraszam wkrótce na kolejny wpis ;)

pozdrawiam, PA!




PS: powyższy wpis nie jest wpisem sponsorowanym!

czwartek, 25 maja 2017

mieszkając w wynajmowanym mieszkaniu staram się je urządzić tak, żeby było nam jak najmilej. mieliśmy to szczęście, że właściciel zaproponował nam wybór kolorów ścian do sypialni, koloru paneli. są jednak inne drobiazgi, a nawet rzeczy duże, które chętnie bym zmieniła... ale to tylko wynajęte mieszkanie... 

po drodze kupowaliśmy różne meble. najczęściej to, co było pod ręką: niedrogie i w miarę w naszym guście. i tak w naszym domu pojawiła się komoda i regał z Biedronki. kolor: dąb sonoma. oczywiście okleina ;) ale podoba mi się ich prosta forma. i kolor też mi się podoba. dlatego tego nie planowałam zmieniać. solą w oku były jednak uchwyty: plastikowe, srebrne. niby proste, ale jednak coś mi nie pasowało. zresztą zobaczcie sami:


myślałam o zmianie, ale nie miałam za bardzo pomysłu NA CO je wymienić. z początku podobały mi się TAKIE rustykalne. ale osiem uchwytów trochę by kosztowało i odkładałam ten zakup... potem znalazłam świetny pomysł ze skórzanymi uchwytami. TEN nie bardzo mi pasował: stare uchwyty mocowane na dwie śruby, a na niewielkich drzwiach regału dwie pętelki wyglądałyby komicznie. ale przecież można uchwyty zamontować inaczej, czego dowód znalazłam na blogu 5. pokój

WIEM - Ameryki to ja nie odkryłam. pomysł znalazłam BARDZO DAWNO TEMU, ale oczywiście były rzeczy ważne i ważniejsze i nawet nie zabrałam się za szukanie rzemienia. i w końcu nastąpiła akcja mobilizacja. zamówiłam skórzane paski TU. wybrałam kolor naturalny, bo stwierdziłam, że najlepiej będzie się komponował z jasną okleiną. godzinka pracy i z pomocą Małego Człowieka - ktoś śrubki podawać musi ;) - zmieniłam wygląd naszych mebli. 


chciałam jakieś fajne śrubki do nich, ale wzięłam już to, co było dostępne w miejscowym markecie budowlanym. w końcu śrubki też można kiedyś zmienić ;), a nie chciałam już przedłużać realizacji tego pomysłu :) i taka mała zmiana, a teraz śmieję się do tych moich mebli, jak głupi do sera! ;) 

jeszcze chętnie bym coś zrobiła z tym strasznymi nóżkami, ale to już jest grubsza sprawa. myślałam, żeby je chociaż pomalować, ale NA JAKI KOLOR? poza tym czekałoby mnie sporo zdejmowania, wyjmowania, przekładania... to na razie nie na moje siły ;) póki co zachwycam się uchwytami.

dziękuję za uwagę. pozdrawiam, PA!




Najczęściej odwiedzane