Torebka damska z haftem

Torba shopperka

woko plecak

Torba z jeansu

poniedziałek, 17 lutego 2020

Moim bzikiem jest (między innymi) potrzeba porządkowania, segregowania i szufladkowania – ale tylko przedmiotów! Jestem polską Marie Kondo. Niespełnionym cieniem Anthei Turner z „The Perfect Housewife”. Jestem królową porządku we własnym chaosie. Najchętniej zwijałabym wszystko w małe ruloniki, składała w kosteczkę. Chowałabym wszystkie drobiazgi do małych pudełeczek, a te małe pudełeczka do większych pudełek i koszyków. Mój świat wyglądałby, jak Szuflandia: same szuflady pełne przegródek, pudełek, teczek...

Jak już się pośmialiśmy, to teraz serio: zaprawdę powiadam Wam, że ja uwielbiam, kiedy wszystko ma swoje miejsce, wtedy jest miejsce na wszystko! I niezmiernie ułatwia to życie, bo kiedy słyszę: „Mamo! Nie wiesz gdzie jest moje...?” albo „Dunka! Gdzie znajdę...?” To ja oczyma wyobraźni widzę to miejsce, w głowie otwiera mi się odpowiednia szufladka, sięgam do przegródki, otwieram teczkę lub podnoszę wieko pudełka i jest. Po prostu JEST! 

Zatem jako królowa porządku stałam się również władczynią kosmetyczek w liczbie... kilku? ;) I porządkują one mój świat nie tylko w podróży. Jedna kosmetyczka, a właściwie zestaw, to tak zwany dyskretnik. Powstał już jakiś czas temu i używam go do przechowywania podpasek, tamponów i – osobno - wkładek higienicznych. Kosmetyczki zabieram na wyjazdy, ale używam ich też w domu. Bo nie żeby to był wstyd mieć okres. Ale po co te ostentacyjne i nieestetyczne opakowania mają mi zaburzać przestrzeń?! ;)


Drugą kosmetyczkę noszę w torbie – (prawie) zawsze przy sobie. Bo uwielbiam moje wielkie torby, ale niech mnie teraz grom z jasnego nieba trześnie, jeśli powiem, że nie klnę, jak szewc szukając w niej kluczy czy portfela. Tak więc przynajmniej plastry, chusteczki i Octenisept trzymają się razem w podręcznej apteczce, w której udostępniają też odrobinkę miejsca na słuchawki namiętnie plączące swe kabelki.


Do torby trafił też cudowny wynalazek w postaci etui na bilet miesięczny. Nie lubię tych bezdusznych plastikowych zawieszek na karty magnetyczne. Moja zatem jest kolorowa – w koniki ;) Ma smyczkę, więc przypięta do ucha torby jest zawsze dostępna, jak rewolwer dla rewolwerowca. Pif-paf! I skasowany bilecik. ;)


I na koniec najnowszy nabytek – zielona kosmetyczka z różowymi akcentami. Powstała w wyniku testowania nowej metody wszywania zamków błyskawicznych. Wykorzystałam resztkę materiału, która okazał się na tyle duża, że mam całkiem sporych rozmiarów saszetkę. I bardzo dobrze się stało, bo DOKŁADNIE TAKIEJ potrzebowała moja perfekcyjna dusza do zabierania w podróż kosmetyków do makijażu i wsuwek. Bo (nie)cierpię, kiedy wszystko to biega między szczoteczkami do zębów a antyperspirantem.


I takimi kolorowymi sposobami porządkuję swój chaos i ułatwiam sobie życie. Czy jest jeszcze ktoś, kto kosmetyczki uważa za drobiazg niezmiernie przydatny i pożyteczny? Dajcie znać, czy też zdarza Wam się segregować, porządkować i wchodzić w posiadanie kolejnych pudełek, koszyczków i kosmetyczek ;) A póki co pozdrawiam, PA!!

PS: a jeśli masz ochotę na kosmetyczkę mniejszą lub większą zapraszam do KOSMETYCZKOWEGO RAJU ;)



poniedziałek, 3 lutego 2020



Każdego roku styczeń, to ogólnie przyjęty czas na podsumowania, przemyślenia i plany na najbliższy rok. A ponieważ ja praktycznie co miesiąc robię takie zestawienie, a w ostatnim czasie średnio raz w tygodniu przypominam sobie, że kocham swoje życie i to co robię, to syczeń nie przyniósł ze sobą nic odkrywczego. 

Poza tym całkiem niedawno robiłam rachunek sumienia, który możecie przeczytać >>TU<<

Cóż zatem mogę dodać?

Udało mi się zrealizować pomysł, który chodził mi po głowie od dawna, od samego początku planowania mojej pracowni! Mianowicie wszystkie zamówienia dostajecie w opakowaniu, które możecie potem użyć. Duże torby, kominy, poduchy dostaniecie w eko torbie, a mniejsze drobiazgi w woreczkach zakupowych ;)

Zapowiadałam nowe drobiazgi. Zapowiadałam drobne zmiany w pracowni i sklepie. I to już się dzieje. T-Bags z nazwy, to „małe torebki z odrobiną szaleństwa”. Ale z założenia firma miała być pracownią kreatywną. Może zatem trochę nie trafiłam z nazwą (i to mnie odrobinkę gryzie ostatnio), ale to nie powstrzyma mnie przed kreatywnością ;) A jeśli macie jakieś pomysły na nazwę marki takiej, jak moja, to chętnie poznam ;)

W sklepie na stałe możecie znaleźć fajne i praktyczne okładki na książki. Powstają one czasem z tkanin z odzysku, czasem ze ścinek i kawałków... Możecie też przebierać i wybierać spośród dekoracyjnych poszewek na podusie. W planie są jeszcze poszewki lniane: proste, ale wyjątkowe. Z drobiazgów dla domu myślę jeszcze o czymś, ale zobaczę najpierw, jak to się sprawdzi u nas ;)

W ofercie pojawiły się też kaptury z kominem, kominy z kapturem? ;) Uwaga: nie jest to oczywiście mój wynalazek, ale wykrój przygotowałam sama, więc mogę uczciwie sprzedawać kaptury według mojego projektu ;) Będą takie dostępne od ręki i będzie można też zamówić taki wyjątkowy dla siebie. 

Staram się cały czas dokładać do sklepu torby, plecaki, breloczki... Jeśli macie jakieś konstruktywne rady i sugestie – to piszcie! Chętnie czytam i rozważam. Z takich rad powstał pomysł na torby, plecaki i inne drobiazgi w ciemniejszej tonacji. Będą to tkaniny czarne, granatowe, ale nadal bardzo kobiece i oryginalne. Staram się jednak, żeby wszystko było zgodne z moją 'filozofią', grało w zgodzie ze mną. 

Pojawiające się nowe drobiazgi mogą nieco zaskakiwać, ale jak już wspomniałam: T-Bags z założenia miała być po prostu pracownią kreatywną, pracownią, w której powstają różne projekty: takie z tkanin, haftowane i z papieru. Nie umiem obecnie określić się, co mi najbardziej pasuje. Kocham szyć torby, ale te drobiazgi: okładki, kosmetyczki, breloczki, to taka odskocznia dla głowy i rąk, to taki dodatek do tych toreb. Bo czyż okładka na książkę nie jest świetnym uzupełnieniem dużej torby? Książka wrzucona w czeluście torby XL na pewno się nie zniszczy! Kosmetyczka? Proszę bardzo – szminka i tampony nie latają po całej torbie!

I to tyle. Nie ma szału i fajerwerków. Nie miałam kreatywnych objawień, które przemeblują cały mój świat. Staram się podążać za intuicją i robić to, co sprawia mi przyjemność. A co tam słychać u Was? Dajcie znać, jak minął styczeń ;) Pozdrawiam serdecznie, PA!





poniedziałek, 9 grudnia 2019

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby robić biznes na moich codziennych zwyczajach, przyzwyczajeniach, rytuałach. Patrząc jednak na Marie Kondo i setki Szafiarek, które wydały swoje książki - poradniki wnioskuję, że to najlepszy biznes! Wychodzi zatem, że nie mam w sobie żyłki przedsiębiorczości i... Może na tym poprzestanę, bo dalsze komentarze mogłyby wywołać niepotrzebny chaos ;) 

I tak nie zarobiłam kasy na moim zamiłowaniu do porządkowania i układania wszystkiego "w kosteczkę". I nie zarobiłam kasy na sposobie kupowania ubrań, który stosuję od zawsze, a tu nagle zaskoczył mnie spadając na cały świat pod postacią "capsule wardrobe" i "slow fashion" oraz rozgorączkowanej mody na "haul z siaty z lumpa".


Od zawsze miałam dość praktyczne podejście do kupowania rzeczy. Nie jestem modna, bo moda przemija i podobno obciach nosić coś "z zeszłego sezonu". Poza tym nie noszę nonszalancko rozpiętego płaszcza i gołych kostek, bo nie lubię, jak mi zimno ;) Wolę zatem mieć swój styl. Nie wiem, czy to, jak się ubieram można nazwać "stylem". Ale generalnie kupuję tylko to, co mi się podoba, w czym czuję się dobrze. Naprawdę dobrze! Nie kupuję rzeczy modnych, bo w większości mi się nie podobają. A jeśli coś mi się podoba, to nie zastanawiam się, czy jest to modne. Zastanawiam się za to: do czego mogę to założyć, z czym połączyć? Na jaką okazję będę mogła nosić te ubrania? Zdarzyły mi się zakupowe wpadki, bo jak nie, jak tak?! ;) Ale generalnie mam szafę pełną ulubionych ubrań! A 90 % z nich jest z drugiej ręki.


Jaki jest mój przepis na polowanie na ubranie? Nie wiem :) Zazwyczaj idę do ciucholi, kiedy czegoś potrzebuję i tego szukam. Czasem idę na spontanie i krążę. Nie przeglądam po kolei, wieszak za wieszakiem. Idę i patrzę, a jak mi wpadnie coś w oko: kolor, wzór, to dopiero sięgam po dany ciuszek. I wtedy kminię: nada się, podoba mi się, do czego to założę... ;) I tak dalej.

Zdarza się też mały ciucholski cud, że idę na spontanie, a tu trafiam coś wymarzonego. Tak trafiłam grubo robiony, zapinany sweter z kapturem. I jeszcze dwa zeta za niego dałam! ;)

Podsumowując: moją szafę można nazwać kapsułkową. Każda sztuka tworzy z inną / innymi jakiś zestaw. Kiedy się pakuję - łatwo zebrać zestawy na kolejne dni. Mam ubrania: całoroczne i sezonowe. Letnie chowam na zimę i odwrotnie. Dzięki temu przede wszystkim mam w szafie miejsce na wszystko, a dodatkowo co sezon robię przegląd. Czasem coś oddaję dalej. Czasem coś już trzeba wyrzucić... Ale nie ma w mojej szafie ubrań, których nie noszę. Nie ma ubrań "na specjalną okazję". Każdy dzień jest specjalną okazją, żeby dobrze się czuć w tym, co mamy na sobie ;)

A jakie ubrania TY masz w szafie? ;) Pozdrawiam serdecznie i do następnego...! PA!





środa, 27 listopada 2019

Idą Święta, idą! Został już niecały miesiąc. I nie piszę tego dlatego, że kogoś chcę ponaglić, pogonić. Ani też tym bardziej po to, żeby tworzyć jakiś klimat spięcia, napięcia i pośpiechu w poczuciu obowiązku, że coś trzeba...! Bo nic nie trzeba! Od lat z Mr. T. postulujemy o poluzowanie krawata (a najlepiej zdjęcie go w ogóle), przyjemną kolację i miłą atmosferę. Niestety dopóki nie mamy swoich czterech kątów, na których to my dyktujemy warunki, wpasowujemy się w miarę możliwości w to, co nam dają...

Ale pomijając atmosferę, krawaty i bitwę kanty kontra dres pojawia się temat podarków. No bo miło pod choinką znaleźć chociażby te tradycyjne skarpety (ja bardzo proszę ;)), a jeśli chodzi o dzieci, to już w ogóle! Czy jednak znowu prezenty muszą być na wypasie? Czy my, dorośli koniecznie musimy dostać kolejną wodę perfumowaną w zestawie z żelem pod prysznic? A to wszystko w torbach, papierach i z wielkimi kokardami? Hmmm... I tu znowu wchodzę ja z moimi mało popularnymi poglądami na świat i postuluję: zatrzymajmy się na chwilę! Kupmy coś dla dzieci, ale jeśli nie dostaną WSZYSTKIEGO to myślę, że też im się nic nie stanie. Za to siądźmy razem do planszówki, albo tego Kevina obejrzyjmy razem!

A dorośli? Kupmy sobie drobiazg: czekoladę, orzechy, wino, zakładkę do książki. Może i nawet te skarpetki - tylko tym razem w kolorze. O rękodziele już nawet nie wspominam, bo to przecież oczywiste ;) Dajmy sobie coś od serca: symboliczny bilet na randkę we dwoje lub do kina. Bo prezent powinien być czymś niecodziennym, wyjątkowym, ale dlaczego od razu niepraktycznym? ;) 


Możemy go też opakować inaczej niż zwykle. Przecież wystarczy kawałek sznurka na kokardę i bilecik. A może zapakować w coś, co się potem przyda? Na przykład w szalik, czy apaszkę? A można też zapakować podarki w woreczek bawełniany, w eko torbę, albo kopertę z tkaniny. Później takie opakowania będą, jak znalazł! No i mniej śmieci! ;)


No to co? Ruszacie na zakupowe szaleństwo? Czy wybieracie #zielonyczwartek2019? My w tym roku stawiamy na prezenty rodzinne: gry planszowe oraz praktyczne skarpety... No dobra! Na słodko też coś będzie ;) Czego i Wam życzę - słodkiego...! I do zobaczenia, PA!

A tu jeszcze garść świątecznych inspiracji:
* co do skarpety?
* haftowane gwiazdki
* świąteczne skarpety na prezenty
* serduszka na choinkę




piątek, 22 listopada 2019

Cześć, cześć. Dziś przychodzę do Was z kilkoma ogłoszeniami na najbliższe miesiące ;) 

Po pierwsze postanowiłam, że po kolei wyszywam tkaniny. Jak to wygląda? A tak, że biorę zakupiony kawałek i wycinam z niego wszystko, co mi przyjdzie do głowy. Spodziewajcie się zatem w najbliższym czasie sporej ilości toreb wszelkiej maści, worko plecaków dla dużych i dla małych, płatków kosmetycznych i...! Niespodzianka: będą też dekoracyjne poszewki i inne rzeczy, które mi przyjdą do głowy. W końcu nazwa "pracownia kreatywna" jest nieprzypadkowa ;) Na pierwszy ogień poszły przepiękne żurawie. Jest w czym wybierać! ;)

Po drugie: w tym roku znowu nie będzie u mnie Czarnego Piątku. Nie wiem, czy nie strzelam sobie przypadkiem w stopę tym posunięciem, ale w zeszłym roku w ogóle mój dział marketingu zapomniał o BF, więc... Będzie za to Zielony Czwartek.


O co chodzi? Zielony Czwartek to akcja wymyślona przez Rękodzielniczkę Joankę Z. Chodzi o to, żeby nie kupować dla samego kupowania: bo rabat, bo Black Friday, bo idą Święta! Zwolnijmy na chwilę. Popatrzmy na lokalnych twórców, na polskie rękodzieło. Wybierzmy coś wyjątkowego, niepowtarzalnego. Zachęcam Was do odwiedzenie rękodzielniczych galerii, w tym oczywiście mojej ;) w czwartek 28 listopada 2019. Niektórzy Rękodzielnicy przyłączyli się do akcji i w tym dniu  będzie można kupić perełki po niższej cenie. A w sklepie T-Bags każdy z moich drobiazgów będzie dostępny z rabatem 15%. Kolejna taka okazja będzie na Dzień Dziecka ;) dlatego chyba warto skorzystać?

I ostatnie ogłoszenie. Bo to już pełną parą ruszyły przygotowania do Świąt, co nie?! 


U mnie też można kupić śliczne ozdoby świąteczne :) Część możesz zobaczyć >>TU<< Nie wiem, czy uda mi się wrzucić wszystko do sklepu, ale jeśli chcesz  - napisz, a ja podeślę Ci zdjęcia. Mam ostatnie sztuki gwiazdek w stylu tych ze zdjęcia. Są czerwone, miętowe, beżowe i w brązie ;) Jest też kilka serc z filcu - możecie je zobaczyć >>TU<<. Będę jeszcze doszywać serduszka, bo ma śliczne świąteczne wstążki. Będą też haftowane gwiazdy i choinki z filcu... Jeśli zdążę... ;) 

No i to tyle. Niesamowicie się cieszę, z podjętych ostatnio decyzji w temacie bloga i T-Bags :) Mam tyle energii, że nie mam czasu nawet pomyśleć: "nie chce mi się" ;) Cieszę się również wielce, że czasem zaglądacie do mnie - dziękuję :) Ślę pozdrowienia i do następnego. PA!





poniedziałek, 18 listopada 2019

Jestem domowym zmarzluchem. Wiecznie mam zimne dłonie. Lubię zagrzebywać się w kocyk o każdej porze roku... No może z wyjątkiem tych najbardziej upalnych dni ;) Zdarza się, że śpię w skarpetkach - dopóki mam zimne stopy, nie zasnę! A w czapce chodzę czasem nawet już we wrześniu. Dlatego wynalazek zwany kapturo-kominem, to coś dla mnie!

Długo mi zeszło, bo na komin z kapturem trzeba grubej dzianiny. Jakoś tak mi z dzianiną nie po drodze było. Ale niedawno się zawzięłam i postanowiłam, że w tym roku MUSZĘ go uszyć! Zwłaszcza, że chciałam użyć musztardowego weluru: swoim kolorem i miękkością dodaje mi otuchy ;)

Zakupiłam dzianinę w dzianinowyszop.pl. Postępując według wskazówek Jana Leśniaka kupiła dresówkę drapaną o gramaturze 380. Popełniłam kilka błędów, ale efekt końcowy i tak mnie zachwycił.


Teraz o błędach. Formę rysowałam według wskazówek Janka od razu na tkaninie. Nie za dobrze, bo nie narysuje się tego precyzyjnie i góra kaptura nie układa się idealnie. Zapomniałam też dodać dziesięć centymetrów na długości przy tak grubej dzianinie, ale chciałam żeby przylegał do szyi. Tym sposobem musiałam po prostu doszyć kawałek ;) Welur jest dość cienki i rozciągliwy i podczas szycia się ponaciągał i nawet lekko pomarszczył w jednym miejscu. Doszłam jednak do wniosku, że jest w środku, więc nie ma co się spinać ;)


Tyle o błędach, a teraz o moich zmianach. Przeszyłam cały kapturo-komin ok centymetr od brzegu. Lepiej się układa i niesforny welur nie wyłazi ze środka. Po zszyciu całości przeszyłam też kaptur "po grzbiecie". Dzięki temu nie rozdwaja się i nie opada. W planach mam też zmianę nieco kształtu samego kaptura... Ale to się zobaczy ;)

Podsumowując: bardzo się cieszę, że w końcu zdecydowałam się uszyć swój komin z kapturem. Wyszedł świetnie! Dobrze okala szyję, jest ciepły i wygodny. Mam zamiar nosić go również do czapki, co dla mnie jest oczywiste, a u Mr. T. wzbudza lekkie zdziwienie ;)

A teraz czas szykować się do Świąt - nie ma to-tam-to :) Pozdrawiam Was cieplutko i do następnego...! PA!! 





czwartek, 14 listopada 2019

Większość ludzi, których znam przeprowadzała się raz, no może dwa razy w życiu. Nie wliczam w to studentów i emigrantów, bo te dwie grupy czasem borykają się z kilkoma przeprowadzkami w karierze ;) Natomiast my, mamy ich na koncie całkiem sporo. Nie wliczamy w to oczywiście przeprowadzek na emigracji ;) Za obraz tej liczby niech będzie fakt, że nasz Syn, który ma obecnie lat niespełna 6 przeprowadzał się już 7 razy i nie liczę tu tej pierwszej najważniejszej przeprowadzki z brzucha matki na świat ten piękny i uroczy. Tak więc ten... Za każdym razem pakuję dobytek w pudła, worki, torby. Pakuję i pakuję, a mamy tylko najpotrzebniejsze rzeczy! Samych książek jest KILKA pudeł. I po co to wszystko? I tym sposobem dochodzimy do meritum dzisiejszego tematu, czyli: po co nam domowe biblioteki?! 

Czym jest biblioteka?

Z definicji z Wikipedii jasno wynika, że "biblioteka, to instytucja kultury, która gromadzi, przechowuje i udostępnia materiały biblioteczne (...)." Dopiero "w innym znaczeniu jest też nazwą samego budynku, pomieszczenia lub mebla zawierającego zbiory biblioteczne." I nie powiem, bo oczy mi się świecą na widok stosów książek, które w mieszkaniu 35m2 zajmują więcej miejsca, niż sam właściciel lokum. Ale tak serio, serio czy potrzebujemy tych wszystkich książek do szczęścia?


Jak wygląda nasza biblioteka?

Ja do książek mam wielki szacunek. Nowe wącham i przytulam (bez chichotów, please ;)), stare ratuję ze śmietnika. Nie zaginam rogów, nie kapię na nie jedzeniem, nie robię listy zakupów na marginesie. Zbieram książki wszelakie. Mam cały stos tych "do przeczytania". W zbiorach mam kilka ulubionych tytułów, od których jestem uzależniona i kilka tomów, które przeczytała i więcej tego nie powtórzę. Mam stare podręczniki do literatury - bo jak Mały Człowiek pójdzie do szkoły będą, jak znalazł. Mam książki wytargane z czeluści rodzinnych zbiorów z kategorii "te brzydkie, to już do piwnicy, albo na śmietnik". I jakieś inne. U Małego Człowieka jego ulubione bajki o wikingu, kilka tych, które mi wpadły w oko i całe mnóstwo takich, na które Syn jest już za duży, ale szkoda ich oddać, bo sentyment. I tak mnie naszła ostatnio myśl: po co trzymamy szczególnie te, do których już nigdy nie wrócimy, nie zajrzymy??

A taki jest mój plan... z haczykiem ;)

Dlatego postanowiłam oddawać książki, wymieniać na inne, puszczać książki w świat. Pomysł jest taki, że książki, które jestem pewna, że przeczytałam pierwszy i ostatni raz wymieniam na wymianach książki (o ile jest na co, bo ludzie taki chłam przynoszą - byle się pozbyć!). Mogę oddać znajomym pod warunkiem, że dadzą mi coś w zamian lub poprzysięgną, że po przeczytaniu puszczą książkę dalej w świat na tych samych warunkach ;) Lub najzwyczajniej oddaję do biblioteki publicznej, bo wiem, że tam będzie dostępna dla WIELU czytelników. Bo haczyk jest taki: najlepiej by było, żeby książka nie utknęła w jednej z domowych bibliotek!

Jak mi idzie?

Obecnie nasze zbiory czekają w kartonach na lepsze czasy naszego własnego lokum. Ale książki, które wpadają mi w ręce dzielę na: te Marty Kisiel i Katarzyny Nosowskiej oraz te do oddania ;) Jedną z moich książek wymieniłam na Festiwalu Czytaj! na dwie inne, z czego jedna już poszła do biblioteki, druga czeka na przeczytanie. Małego Człowieka zapisałam do biblioteki i wypożyczamy regularnie. Super sprawa! 

A na zakończenie taki cytat w temacie, który wpadł mi ostatnio w oko: "Dla niektórych książki są "niczym". Można, mimo poczucia zmarnowanych pieniędzy, zakupić kilkadziesiąt i uczynić z ich obecności na regale, niepodlegający dyskusji wśród gości, dowód czytania, bo ono, jak wiemy, znamionuje inteligencję." (Katarzyna Nosowska w "A ja żem jej powiedziała").

A tu kilka linków do tego, co można znaleźć w naszej biblioteczce:
1. Proszę mnie przytulić
2. Tappi
3. Dożywocie
4. Książeczki dla dzieci 






Najczęściej odwiedzane