Torebka damska z haftem

Torba shopperka

woko plecak

Torba z jeansu

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby robić biznes na moich codziennych zwyczajach, przyzwyczajeniach, rytuałach. Patrząc jednak na Marie Kondo i setki Szafiarek, które wydały swoje książki - poradniki wnioskuję, że to najlepszy biznes! Wychodzi zatem, że nie mam w sobie żyłki przedsiębiorczości i... Może na tym poprzestanę, bo dalsze komentarze mogłyby wywołać niepotrzebny chaos ;) 

I tak nie zarobiłam kasy na moim zamiłowaniu do porządkowania i układania wszystkiego "w kosteczkę". I nie zarobiłam kasy na sposobie kupowania ubrań, który stosuję od zawsze, a tu nagle zaskoczył mnie spadając na cały świat pod postacią "capsule wardrobe" i "slow fashion" oraz rozgorączkowanej mody na "haul z siaty z lumpa".


Od zawsze miałam dość praktyczne podejście do kupowania rzeczy. Nie jestem modna, bo moda przemija i podobno obciach nosić coś "z zeszłego sezonu". Poza tym nie noszę nonszalancko rozpiętego płaszcza i gołych kostek, bo nie lubię, jak mi zimno ;) Wolę zatem mieć swój styl. Nie wiem, czy to, jak się ubieram można nazwać "stylem". Ale generalnie kupuję tylko to, co mi się podoba, w czym czuję się dobrze. Naprawdę dobrze! Nie kupuję rzeczy modnych, bo w większości mi się nie podobają. A jeśli coś mi się podoba, to nie zastanawiam się, czy jest to modne. Zastanawiam się za to: do czego mogę to założyć, z czym połączyć? Na jaką okazję będę mogła nosić te ubrania? Zdarzyły mi się zakupowe wpadki, bo jak nie, jak tak?! ;) Ale generalnie mam szafę pełną ulubionych ubrań! A 90 % z nich jest z drugiej ręki.


Jaki jest mój przepis na polowanie na ubranie? Nie wiem :) Zazwyczaj idę do ciucholi, kiedy czegoś potrzebuję i tego szukam. Czasem idę na spontanie i krążę. Nie przeglądam po kolei, wieszak za wieszakiem. Idę i patrzę, a jak mi wpadnie coś w oko: kolor, wzór, to dopiero sięgam po dany ciuszek. I wtedy kminię: nada się, podoba mi się, do czego to założę... ;) I tak dalej.

Zdarza się też mały ciucholski cud, że idę na spontanie, a tu trafiam coś wymarzonego. Tak trafiłam grubo robiony, zapinany sweter z kapturem. I jeszcze dwa zeta za niego dałam! ;)

Podsumowując: moją szafę można nazwać kapsułkową. Każda sztuka tworzy z inną / innymi jakiś zestaw. Kiedy się pakuję - łatwo zebrać zestawy na kolejne dni. Mam ubrania: całoroczne i sezonowe. Letnie chowam na zimę i odwrotnie. Dzięki temu przede wszystkim mam w szafie miejsce na wszystko, a dodatkowo co sezon robię przegląd. Czasem coś oddaję dalej. Czasem coś już trzeba wyrzucić... Ale nie ma w mojej szafie ubrań, których nie noszę. Nie ma ubrań "na specjalną okazję". Każdy dzień jest specjalną okazją, żeby dobrze się czuć w tym, co mamy na sobie ;)

A jakie ubrania TY masz w szafie? ;) Pozdrawiam serdecznie i do następnego...! PA!





środa, 27 listopada 2019

Idą Święta, idą! Został już niecały miesiąc. I nie piszę tego dlatego, że kogoś chcę ponaglić, pogonić. Ani też tym bardziej po to, żeby tworzyć jakiś klimat spięcia, napięcia i pośpiechu w poczuciu obowiązku, że coś trzeba...! Bo nic nie trzeba! Od lat z Mr. T. postulujemy o poluzowanie krawata (a najlepiej zdjęcie go w ogóle), przyjemną kolację i miłą atmosferę. Niestety dopóki nie mamy swoich czterech kątów, na których to my dyktujemy warunki, wpasowujemy się w miarę możliwości w to, co nam dają...

Ale pomijając atmosferę, krawaty i bitwę kanty kontra dres pojawia się temat podarków. No bo miło pod choinką znaleźć chociażby te tradycyjne skarpety (ja bardzo proszę ;)), a jeśli chodzi o dzieci, to już w ogóle! Czy jednak znowu prezenty muszą być na wypasie? Czy my, dorośli koniecznie musimy dostać kolejną wodę perfumowaną w zestawie z żelem pod prysznic? A to wszystko w torbach, papierach i z wielkimi kokardami? Hmmm... I tu znowu wchodzę ja z moimi mało popularnymi poglądami na świat i postuluję: zatrzymajmy się na chwilę! Kupmy coś dla dzieci, ale jeśli nie dostaną WSZYSTKIEGO to myślę, że też im się nic nie stanie. Za to siądźmy razem do planszówki, albo tego Kevina obejrzyjmy razem!

A dorośli? Kupmy sobie drobiazg: czekoladę, orzechy, wino, zakładkę do książki. Może i nawet te skarpetki - tylko tym razem w kolorze. O rękodziele już nawet nie wspominam, bo to przecież oczywiste ;) Dajmy sobie coś od serca: symboliczny bilet na randkę we dwoje lub do kina. Bo prezent powinien być czymś niecodziennym, wyjątkowym, ale dlaczego od razu niepraktycznym? ;) 


Możemy go też opakować inaczej niż zwykle. Przecież wystarczy kawałek sznurka na kokardę i bilecik. A może zapakować w coś, co się potem przyda? Na przykład w szalik, czy apaszkę? A można też zapakować podarki w woreczek bawełniany, w eko torbę, albo kopertę z tkaniny. Później takie opakowania będą, jak znalazł! No i mniej śmieci! ;)


No to co? Ruszacie na zakupowe szaleństwo? Czy wybieracie #zielonyczwartek2019? My w tym roku stawiamy na prezenty rodzinne: gry planszowe oraz praktyczne skarpety... No dobra! Na słodko też coś będzie ;) Czego i Wam życzę - słodkiego...! I do zobaczenia, PA!

A tu jeszcze garść świątecznych inspiracji:
* co do skarpety?
* haftowane gwiazdki
* świąteczne skarpety na prezenty
* serduszka na choinkę




piątek, 22 listopada 2019

Cześć, cześć. Dziś przychodzę do Was z kilkoma ogłoszeniami na najbliższe miesiące ;) 

Po pierwsze postanowiłam, że po kolei wyszywam tkaniny. Jak to wygląda? A tak, że biorę zakupiony kawałek i wycinam z niego wszystko, co mi przyjdzie do głowy. Spodziewajcie się zatem w najbliższym czasie sporej ilości toreb wszelkiej maści, worko plecaków dla dużych i dla małych, płatków kosmetycznych i...! Niespodzianka: będą też dekoracyjne poszewki i inne rzeczy, które mi przyjdą do głowy. W końcu nazwa "pracownia kreatywna" jest nieprzypadkowa ;) Na pierwszy ogień poszły przepiękne żurawie. Jest w czym wybierać! ;)

Po drugie: w tym roku znowu nie będzie u mnie Czarnego Piątku. Nie wiem, czy nie strzelam sobie przypadkiem w stopę tym posunięciem, ale w zeszłym roku w ogóle mój dział marketingu zapomniał o BF, więc... Będzie za to Zielony Czwartek.


O co chodzi? Zielony Czwartek to akcja wymyślona przez Rękodzielniczkę Joankę Z. Chodzi o to, żeby nie kupować dla samego kupowania: bo rabat, bo Black Friday, bo idą Święta! Zwolnijmy na chwilę. Popatrzmy na lokalnych twórców, na polskie rękodzieło. Wybierzmy coś wyjątkowego, niepowtarzalnego. Zachęcam Was do odwiedzenie rękodzielniczych galerii, w tym oczywiście mojej ;) w czwartek 28 listopada 2019. Niektórzy Rękodzielnicy przyłączyli się do akcji i w tym dniu  będzie można kupić perełki po niższej cenie. A w sklepie T-Bags każdy z moich drobiazgów będzie dostępny z rabatem 15%. Kolejna taka okazja będzie na Dzień Dziecka ;) dlatego chyba warto skorzystać?

I ostatnie ogłoszenie. Bo to już pełną parą ruszyły przygotowania do Świąt, co nie?! 


U mnie też można kupić śliczne ozdoby świąteczne :) Część możesz zobaczyć >>TU<< Nie wiem, czy uda mi się wrzucić wszystko do sklepu, ale jeśli chcesz  - napisz, a ja podeślę Ci zdjęcia. Mam ostatnie sztuki gwiazdek w stylu tych ze zdjęcia. Są czerwone, miętowe, beżowe i w brązie ;) Jest też kilka serc z filcu - możecie je zobaczyć >>TU<<. Będę jeszcze doszywać serduszka, bo ma śliczne świąteczne wstążki. Będą też haftowane gwiazdy i choinki z filcu... Jeśli zdążę... ;) 

No i to tyle. Niesamowicie się cieszę, z podjętych ostatnio decyzji w temacie bloga i T-Bags :) Mam tyle energii, że nie mam czasu nawet pomyśleć: "nie chce mi się" ;) Cieszę się również wielce, że czasem zaglądacie do mnie - dziękuję :) Ślę pozdrowienia i do następnego. PA!





poniedziałek, 18 listopada 2019

Jestem domowym zmarzluchem. Wiecznie mam zimne dłonie. Lubię zagrzebywać się w kocyk o każdej porze roku... No może z wyjątkiem tych najbardziej upalnych dni ;) Zdarza się, że śpię w skarpetkach - dopóki mam zimne stopy, nie zasnę! A w czapce chodzę czasem nawet już we wrześniu. Dlatego wynalazek zwany kapturo-kominem, to coś dla mnie!

Długo mi zeszło, bo na komin z kapturem trzeba grubej dzianiny. Jakoś tak mi z dzianiną nie po drodze było. Ale niedawno się zawzięłam i postanowiłam, że w tym roku MUSZĘ go uszyć! Zwłaszcza, że chciałam użyć musztardowego weluru: swoim kolorem i miękkością dodaje mi otuchy ;)

Zakupiłam dzianinę w dzianinowyszop.pl. Postępując według wskazówek Jana Leśniaka kupiła dresówkę drapaną o gramaturze 380. Popełniłam kilka błędów, ale efekt końcowy i tak mnie zachwycił.


Teraz o błędach. Formę rysowałam według wskazówek Janka od razu na tkaninie. Nie za dobrze, bo nie narysuje się tego precyzyjnie i góra kaptura nie układa się idealnie. Zapomniałam też dodać dziesięć centymetrów na długości przy tak grubej dzianinie, ale chciałam żeby przylegał do szyi. Tym sposobem musiałam po prostu doszyć kawałek ;) Welur jest dość cienki i rozciągliwy i podczas szycia się ponaciągał i nawet lekko pomarszczył w jednym miejscu. Doszłam jednak do wniosku, że jest w środku, więc nie ma co się spinać ;)


Tyle o błędach, a teraz o moich zmianach. Przeszyłam cały kapturo-komin ok centymetr od brzegu. Lepiej się układa i niesforny welur nie wyłazi ze środka. Po zszyciu całości przeszyłam też kaptur "po grzbiecie". Dzięki temu nie rozdwaja się i nie opada. W planach mam też zmianę nieco kształtu samego kaptura... Ale to się zobaczy ;)

Podsumowując: bardzo się cieszę, że w końcu zdecydowałam się uszyć swój komin z kapturem. Wyszedł świetnie! Dobrze okala szyję, jest ciepły i wygodny. Mam zamiar nosić go również do czapki, co dla mnie jest oczywiste, a u Mr. T. wzbudza lekkie zdziwienie ;)

A teraz czas szykować się do Świąt - nie ma to-tam-to :) Pozdrawiam Was cieplutko i do następnego...! PA!! 





czwartek, 14 listopada 2019

Większość ludzi, których znam przeprowadzała się raz, no może dwa razy w życiu. Nie wliczam w to studentów i emigrantów, bo te dwie grupy czasem borykają się z kilkoma przeprowadzkami w karierze ;) Natomiast my, mamy ich na koncie całkiem sporo. Nie wliczamy w to oczywiście przeprowadzek na emigracji ;) Za obraz tej liczby niech będzie fakt, że nasz Syn, który ma obecnie lat niespełna 6 przeprowadzał się już 7 razy i nie liczę tu tej pierwszej najważniejszej przeprowadzki z brzucha matki na świat ten piękny i uroczy. Tak więc ten... Za każdym razem pakuję dobytek w pudła, worki, torby. Pakuję i pakuję, a mamy tylko najpotrzebniejsze rzeczy! Samych książek jest KILKA pudeł. I po co to wszystko? I tym sposobem dochodzimy do meritum dzisiejszego tematu, czyli: po co nam domowe biblioteki?! 

Czym jest biblioteka?

Z definicji z Wikipedii jasno wynika, że "biblioteka, to instytucja kultury, która gromadzi, przechowuje i udostępnia materiały biblioteczne (...)." Dopiero "w innym znaczeniu jest też nazwą samego budynku, pomieszczenia lub mebla zawierającego zbiory biblioteczne." I nie powiem, bo oczy mi się świecą na widok stosów książek, które w mieszkaniu 35m2 zajmują więcej miejsca, niż sam właściciel lokum. Ale tak serio, serio czy potrzebujemy tych wszystkich książek do szczęścia?


Jak wygląda nasza biblioteka?

Ja do książek mam wielki szacunek. Nowe wącham i przytulam (bez chichotów, please ;)), stare ratuję ze śmietnika. Nie zaginam rogów, nie kapię na nie jedzeniem, nie robię listy zakupów na marginesie. Zbieram książki wszelakie. Mam cały stos tych "do przeczytania". W zbiorach mam kilka ulubionych tytułów, od których jestem uzależniona i kilka tomów, które przeczytała i więcej tego nie powtórzę. Mam stare podręczniki do literatury - bo jak Mały Człowiek pójdzie do szkoły będą, jak znalazł. Mam książki wytargane z czeluści rodzinnych zbiorów z kategorii "te brzydkie, to już do piwnicy, albo na śmietnik". I jakieś inne. U Małego Człowieka jego ulubione bajki o wikingu, kilka tych, które mi wpadły w oko i całe mnóstwo takich, na które Syn jest już za duży, ale szkoda ich oddać, bo sentyment. I tak mnie naszła ostatnio myśl: po co trzymamy szczególnie te, do których już nigdy nie wrócimy, nie zajrzymy??

A taki jest mój plan... z haczykiem ;)

Dlatego postanowiłam oddawać książki, wymieniać na inne, puszczać książki w świat. Pomysł jest taki, że książki, które jestem pewna, że przeczytałam pierwszy i ostatni raz wymieniam na wymianach książki (o ile jest na co, bo ludzie taki chłam przynoszą - byle się pozbyć!). Mogę oddać znajomym pod warunkiem, że dadzą mi coś w zamian lub poprzysięgną, że po przeczytaniu puszczą książkę dalej w świat na tych samych warunkach ;) Lub najzwyczajniej oddaję do biblioteki publicznej, bo wiem, że tam będzie dostępna dla WIELU czytelników. Bo haczyk jest taki: najlepiej by było, żeby książka nie utknęła w jednej z domowych bibliotek!

Jak mi idzie?

Obecnie nasze zbiory czekają w kartonach na lepsze czasy naszego własnego lokum. Ale książki, które wpadają mi w ręce dzielę na: te Marty Kisiel i Katarzyny Nosowskiej oraz te do oddania ;) Jedną z moich książek wymieniłam na Festiwalu Czytaj! na dwie inne, z czego jedna już poszła do biblioteki, druga czeka na przeczytanie. Małego Człowieka zapisałam do biblioteki i wypożyczamy regularnie. Super sprawa! 

A na zakończenie taki cytat w temacie, który wpadł mi ostatnio w oko: "Dla niektórych książki są "niczym". Można, mimo poczucia zmarnowanych pieniędzy, zakupić kilkadziesiąt i uczynić z ich obecności na regale, niepodlegający dyskusji wśród gości, dowód czytania, bo ono, jak wiemy, znamionuje inteligencję." (Katarzyna Nosowska w "A ja żem jej powiedziała").

A tu kilka linków do tego, co można znaleźć w naszej biblioteczce:
1. Proszę mnie przytulić
2. Tappi
3. Dożywocie
4. Książeczki dla dzieci 






czwartek, 7 listopada 2019

Dzisiaj klika słów o tym, co się będzie teraz działo na blogu, w firmie i w ogóle. Bo minął rok. Więcej czasu i energii poświęciłam na walkę z życiowymi potworami. Za dużo energii... Czego mnie nauczył ten rok i dlaczego Z szafy od Żyrafy nie zmieniło nazwy? Poczytajcie, jeśli macie chęć.

Mam już rok!

No tak. Firma ma rok. Ja mogę ze spokojem powiedzieć, że przetrwałam. Nie ma szału, ale biorąc pod uwagę to, co się wydarzyło w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, to i tak uważam za wielki sukces fakt, że jeszcze trwam... Mam już za sobą stres wynikającymi z dotacji. Wierzcie lub nie, ale konieczność pilnowania wydatków i formalności czasem zniechęca do wszystkiego innego. Jak to ja mówię: biurokracja zabija ducha twórczości ;) Ale przeglądając 'papiery' stwierdzam, że w zasadzie w każdym miesiącu miałam jakąś sprzedaż. Czy to też mogę uznać za sukces? Utrzymać bym się z tego nie utrzymała, ale jak na firmę, która nie ma swojego miejsca, nie ma pracowni, a ja wszystko noszę niemal po kieszeniach, to chyba nieźle ;)

Czego się nauczyłam?

Słuchać siebie. Wiele razy się na tym przejechałam, że: za bardzo się starałam; słuchałam rad innych, jak i co szyć; szłam za nurtem, za modą, a przecież plan był zupełnie inny... Dlatego postanowiłam słuchać głównie siebie. Nie dlatego, że uważam, że wiem najlepiej. Ale dlatego, że firmę założyłam po to, żeby robić to, co kocham i kochać to, co robię. Działam w swoim rytmie - nic na siłę. Nie robię przecież na akord. Robię z potrzeby serca to, co sama podarowałabym komuś bliskiemu, co sama bym nosiła...

Co z blogiem?

Co prawda wszyscy spece od biznesu w Internecie powiadają, że blog powinien mieć tą samą domenę i nazwę, co sklep, firma, marka. I kropka. I z tym się nie dyskutuje. No i ja rozumiem. Ale niezwykle szkoda mi żyrafowego bloga. Przywiązałam się do niego i w ogóle. Poza tym trudno mi ogarnąć to wszystko: sklep (własny i w dwóch galeriach), dwa konta na Facebooku (1 i 2) i na Instagramie (w sumie, to też dwa ;)). A do tego blog?! Już i tak na Facebooku jedno konto mocno zaniedbane, a na drugim publikuje jednocześnie z Instagramem ;) Dlatego blog Z szafy od Żyrafy nazwy nie zmieni. Będzie to, że tak powiem blog towarzyszący ;) I dopóki jeszcze mam czas i siłę będę tu publikować. Będą tu treści głównie dotyczące tego, co dzieje się w pracowni. Może czasem jakieś domowe DIY. Ogólnie to, co mi przyjdzie do akurat do głowy. Bo po prostu stawiam na czerpanie przyjemności z tego, co robię. Dlatego jestem otwarta na nowe, ale chcę zachować też cząstkę starego.

Patrzę w przyszłość i...?

I jeszcze się nie poddaję. Marzę o regularnej sprzedaży. Marzę, żeby zacząć zarabiać. A żeby firma była taka, jak mi się marzy, to ostatnio dość intensywnie pracuję. Nadal mam jednak ograniczone możliwości. Większość moich materiałów jest aktualnie dla mnie niedostępna. Mam ograniczenia czasowe: nie popracuję popołudniu, wieczorami, czy w nocy... Są też chwile, że zwyczajnie chcę odpocząć, muszę zająć się sobą... Wierzę jednak, że w końcu los spojrzy na mnie łaskawie ;)

PS: a marzenie z życia wzięte? Teraz ważne jest dla nas znaleźć w końcu swoje cztery kąty... Bo mieszkanie w pokoju 13m2 bez większości swoich rzeczy jest smutne...







czwartek, 17 października 2019

W mojej pracowni jest wiele zasad dotyczących jakości drobiazgów, ich projektowania i takie tam ;) Są też dwie zasady w duchu eko: nie wyrzucaj - wykorzystaj! A także: w przyrodzie musi być zachowana równowaga. I w myśl tych zasad staram się tkaniny wykorzystać niemal do ostatniej niteczki. I staram się też używać tkanin z odzysku.

Czym jest dla mnie upcykling?

Od wielu lat patrzę na rzeczy inaczej. Ubrania wolę te z drugiej ręki. Rozglądam się też za używanymi meblami. Kupuję czasem coś nowego, ale stawiam wtedy na jakość - żeby mieć chociaż odrobinę pewności, że posłużą te rzeczy dłużej i jak na razie nie zawiodłam się na swoich wyborach. Ale wielokrotnie też patrzę na rzeczy pod kątem: co by tu z nich zrobić? Szyję poduszki misie ze swetrów, poszewki na poduszki ze swetrów. Szyłam fartuchy i worko plecaki z męskich koszul. Dla mnie upcykling zatem, to przerobienie czegoś, co już nie potrzebne, nie modne, nie chciane na coś nowego, fajnego. A co mądre głowy piszą o upcyklingu?

"Upcykling – forma przetwarzania wtórnego odpadów, w wyniku którego powstają produkty o wartości wyższej, traktowane jako wartościowe surowce. Proces ten pozwala zmniejszyć zarówno ilość odpadów, jak i ilość materiałów wykorzystywanych w produkcji pierwotnej." (Wikipedia)


Najnowszy projekt - torba ze spodni

Szyjąc te wszystkie drobiazgi z tkanin z odzysku myślałam o czymś z jeansu. W ciucholach tyle tych spodni wisi: wiele z nich o mocno niemodnym fasonie. Inne w wielkich rozmiarach... Miałam jednak obawy, że trudno mi będzie poradzić sobie z twardym, grubym jeansem. Ale odważyłam się i uszyłam sobie torbę, którą nadal mam i która świetnie się sprawdza! 

Nadal jednak mam obawy przed szyciem jeansu. Ale przełamałam się, kiedy Mr. T. kupił w ciucholu spodnie i okazało się, że mu nie pasują. Zastanawiałam się, co z nimi zrobić i wtedy Mama przycisnęła mnie: "uszyj mi torbę. Taką dużą, żebym mogła w nią spakować się na plażę, czy na piknik". I nie wiedzieć właściwie jak i skąd od razu pojawił mi się w głowie pomysł. I uszyłam!


Torba jest naprawdę sporych rozmiarów i zużyłam na nią CAŁĄ PARĘ spodni! Torba shopperka dostosowana jest do Mamy wymagań: duża, prosta, z podszewką, kieszenią, kieszeniami zewnętrznymi i bez zapinania. Dodałam od siebie w środku smycz z karabińczykiem do kluczy.

I powiem szczerze, że nie taki ten jeans straszny ;) Jest przy tym sporo pracy, bo spodnie często są z domieszką czegoś elastycznego. Używane tkaniny są też nieco "zwichrowane" i czasem ciężko je ułożyć prosto i wykroić z nich coś z sensem, ale udało się!

Eko torby z koszul

Kolejny pomysł, który chodził mi od dłuższego czasu po głowie, to eko torby na zakupy z koszuli. Zaczęłam od koszul męskich - są duże i sporo ich zostaje na wyprzedażach w ciucholu. Kolory i wzory zniechęcają panów do zakupu, ale torby z nich są wyśmienite! 


Najlepsze są te z długim rękawem, bo z rękawa wykrawam ucha do torby ;) Fajne są też kieszonki: taka dodatkowa ozdoba. No i dodam jeszcze, że najlepsze są koszule o prostym kroju. Nie taliowane, nie żadne 'slim'!


Z założenia torby mają być jak najprostsze, żeby mogły być niedrogie. Zatem są szyte bardzo solidnie i bardzo dokładnie - to się w pracowni nie zmienia ;) Ale nie mają podszewki. Są proste, lekki i mega praktyczne!


Eko torby na zakupy są w stałej ofercie. Ale mam na nie również inny pomysł. Kiedy marzyłam o swojej marce wymyśliłam sobie, że moje drobiazgi będą pakowane w wyjątkowy sposób. I tak wykombinowałam, że torby, worko plecaki, maty do zabawy i poduszki oraz wszystkie większe zamówienia będą pakowane w takie oto torby :) Na mniejsze akcesoria też coś wymyślę ;) 

W pracowni powstało jeszcze kilka innych rzeczy w duchu upcyklingu. Poniżej wrzucam Wam kilka linków:
No i to tyle na dziś :) Październik okazał się dla mnie niezwykle pracowity: zarówno przy maszynie, jak i przy komputerze. Ale dodaje mi to energii i chęci, żeby działać dalej. Firma ma już rok. Mogę machnąć ręką na formalności projektowe - to już za mną. Problemy osobiste też powoli się rozwiązują, więc pozostaje mi tylko cieszyć się z życia i szyć!

Mam nadzieję, że nie dacie się jesiennej szarudze. Dni krótkie, ale na razie słoneczko o nas dba. Więc korzystajcie, cieszcie się słońcem i do następnego...! PA! :*





Najczęściej odwiedzane