churka i motyl

kalendarz uniwersalny

'miedziana' taca

skórzane uchwyty do szafek

breloczek - tag

sobota, 19 sierpnia 2017

znacie to? 'syndrom wspomnień z dzieciństwa'? nie, żeby tu chodziło o jakiś profesjonalny termin psychologiczny, tylko o prozaiczne podejście do sprawy: coś pamiętamy jako wspaniałe, niezwykłe, budzące emocje, a dziś to... phi!

tak właśnie miałam - niestety - z Krakowem. od dawna myślałam o tym, że odwiedzając rodzinne strony może by się wybrać do Krakowa. pokazać Małemu Człowiekowi Smoka Wawelskiego i Wisłę, i hejnalistę, który macha do turystów z wieży... ale tylko z tego jednego, jedynego okienka. przejść się Sukiennicami i wdychać zapach drewnianych szkatułek, pociągów (też) z drewna i malowanych Matrioszek. popatrzyć na dorożki i Lajkonika na rynku. może nawet nakarmić gołębie obwarzankiem. przejść się wzdłuż murów obronnych w okolicy Barbakanu i nacieszyć oczy kolorami krajobrazów uwiecznionych na płótnie. brzmi romantycznie czy naiwnie? oj!

zajechaliśmy do Krakowa i już na plantach poczułam dyskomfort. jeszcze tak nie zupełnie, tak tylko lekko gdzieś pod skórą, ale jednak... uczucie to ogarnęło mnie kompletnie po dojściu pod Wawel. ilość ludzi jest PRZE-RA-ŻA-JĄ-CA!!! nie da się przejść i wszyscy nastawieni są na zarabianie / wydawanie pieniędzy. melexy, budki z 'pamiątkami', tłumy, tłumy, tłumy...! niekończąca się rzeka ludzi! ja wiem, że lato, że wakacje, że Kraków. ALE...!! ciągły i nieustający szum rozmów. człowiek aż czuje się przytłoczony!


nawet zdjęć się robić nie chciało TYLE LUDZI... co chwilę ktoś cię potrąca, ktoś szturcha, depcze po piętach. nikt nie patrz tak naprawdę, bo wszyscy oglądają świat przez obiektyw smartfona. najcichszym miejscem było przez chwilę podwórze budynku Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego... przez chwilę, bo potem wparowała tam grupka młodzieży pod wodzą wyluzowanej wychowawczyni i zaczęli strzelać sobie 'słit focie' i 'selfi', i w ogóle być cool... chyba się starzeję ;)


brak tej magii, którą pamiętałam sprzed kilku(nastu) lat sprawił, że przez chwilę nie potrafiłam się cieszyć tą wycieczką. '...może to ten deszcz...'? bo zmoczyło nas też solidnie... a potem zmrużyłam oczy i zaczęłam patrzeć inaczej... i co prawda zamiast Lajkonika była jakaś demonstracja polityczna, w Sukiennicach przeważał zapach plastiku, a z gołębiami raczej się walczy niż je dokarmia, ale wyczarowałam sobie nowy obraz Krakowa, który starczy mi już na długo... niezwykły plac zabaw dla dzieci na Plantach ukryty gdzieś pomiędzy murem a ścianą drzew... fontanna z pomnikiem Żaka na Placu Mariackim, która stała się chwilowym miejscem śmiechu, zabawy i radości, gdy czekaliśmy na pozdrowienie od hejnalisty :) i szarlotka na ciepło z lodami waniliowymi w kawiarence przy Rynku z widokiem na strojne konie i eleganckie dorożki... mhmmmmm...


i tylko pamiętaj Turysto drogi: nie przyglądaj się zbyt uważnie kamienicom, gdy zejdziesz z 'głównego szlaku', bo magia pryska, jak bańka mydlana i z magicznego Krakowa wyłania się  Kraków zwykły, pospolity, codzienny...


dopisane 20.08.2017

po komentarzu Agnieszki Dalwi Szyje pomyślałam, że ilość ludzi to jedno. przecież nie zabronimy nikomu jechać w dane miejsce. jest to męczące, ale takie czasy... gorsze jest to, że Kraków pozwala na to, aby te tłumy turystów obdarły go z jego klimatu. zachłysnął się swoją narastającą popularnością i stał się jak super market. stał się 'tani' mimo wysokich cen, stał się tandetny mimo cudownych miejsc i zabytków... Kraków stał się mało krakowski sprzedając plastik, plusz i niebieskie napoje mrożone... przypuszczam, że nadal w bramach i zakamarkach czuć zapach 'starego Krakowa', ale to moje odczucie i KROPKA.


dzisiejszy wpis dedykuję wszystkim, którzy po latach wrócili w magiczne miejsce i musieli 'stworzyć magię od nowa' oraz zgłaszam do zabawy FOTOgra - wakacje na Art - Piaskownica



wtorek, 8 sierpnia 2017

zanim przejdę do tematu dzisiejszych rozważań chciałam Wam przekazać pewna mądrość życiową ;) dbajcie o Szwaczki z całego świata o swoje maszyny, bo powiadam Wam, że biada bez nich! OJ, BIADA! okazało się, że wysłanie mojego Vikinga do serwisu było bardzo mądrym posunięciem (mimo dezaprobaty Mr. T., ale on jak to facet wziął by młotek i naprawił ;))! dobrze też, że nie zwlekałam już dłużej, bo mogło być gorzej... może nie, ale kto go tam Vikinga wie ;) moja maszyna wymagała czegoś więcej niż tylko kapki oleju tu i tam. okazało się, że dziwnym cudem się totalnie rozregulowała! hę?! no zdarza się ;) ale teraz już wraca do mnie. było to kilka ciężkich dni bez szycia ;) ale spoko - należał się Vikingowi przegląd :)

zanim jednak Viking pojechał, jak to Pan z serwisu powiedział: 'na stół operacyjny' uszyłam jeszcze plecak - worek tym razem z męskiej koszuli w drobną krateczkę :) o plecak poprosiła mnie Babcia Zosia, która w sezonie późno letnim - jesiennym jest stałą bywalczynią okolicznych lasów w poszukiwaniu borowików, prawdziwków i takich tam. nie znam się, ale Babcia Zosia się zna i ma do tego smykałkę. spodobał jej się mój worek i zagaiła niby tak... ;), że 'gdzie się takie fajne kupuje?'. powiedziałam, że uszyję i uszyłam.


z koszuli miała powstać poszewka na poduszkę, a powstał plecak ;) plecak ma wymiar ok 30 x 40 cm: w sam raz na portfel, klucze i butelkę z wodą. w środku oczywiście jest podszewka i mała kieszonka na telefon ;) 


użyłam tego co miałam w domu i uznałam, że sznurek w naturalnym jutowym kolorze będzie się fajnie komponował z tą kratką :) pętelki na sznurek zrobiłam dość wąskie, by po zawiązaniu supła nie przechodziły przez oczko - łatwiej wtedy zapanować nad sznurkiem ;)


Babcia Zosia jeszcze nie miała okazji go wypróbować, ale podoba jej się, więc jest dobrze :) no i na razie nastąpi przerwa w nadawaniu - muszę coś uszyć, żeby coś pokazać :D 

dziękuję wszystkim Zaglądaczom - tak miło jest Was gościć u siebie :) do zobaczenia już wkrótce. PA!




niedziela, 6 sierpnia 2017

najpierw przepraszam wszystkie Balbiny za moje skojarzenie 'pozy' z imieniem. dziś post odkładany nieco, bo jakoś tak...

chciałam pewnej osóbce sprezentować coś mojego, czyli zrobionego, uszytego przeze mnie. pierwszym pomysłem był ANIOŁ. no bo nawet jeżeli nie bawi się już lalkami, to może go posadzić na półce. potem pomyślałam, że jak dla dziewczynki, to może i anioł, ale w sukience. taaak! miałam w głowie cudną wizję. a potem spojrzałam na breloczek przy prywatnych kluczach i wpadł mi kolejny pomysł: WRÓŻKA! dziewczynki lubią wróżki! zaczęłam szukać inspiracji i wykroju: ludzie cuda robią! nie chciałam typowej Tildy, nie chciałam też takiej bardzo wychudzonej baleriny. znalazłam wykrój i pomyślałam sobie, że to będzie taka fajna, słodka Wróżka. 

i powstała ona, a kiedy ją zobaczyłam pomyślałam: 'taka nadąsana Balbina!'


ci z was, którzy już kiedyś próbowali szyć podobne lale wiedzą, że sporo dłubaniny i ręcznego szycia przy tym. lalka ma niecałe 40 cm wysokości. nie mogłam w ogóle poradzić sobie z 'twarzą'. zostawiłam ją więc na koniec. włosy: szycie, przycinanie, układanie. spódniczka? nie chciała współpracować. nawet teraz, kiedy to piszę, to się wkurzam na wszystkie te drobiazgi, które jakby 'robiły mi na złość' ;)


w końcu jakoś ogarnęłam wszystko i została ta nieszczęsna 'twarz'. nie podobają mi się lalki bez ust, więc oczywistym było, że moja musiała jakieś mieć. a oczy: okrągłe? śpiące? uśmiechnięte? z rzęsami czy bez? w końcu jakoś z tego wybrnęłam, ale usta (maleńkie serduszko z filcu) zapadają się mimo, że nitki wcale nie naciągałam! i to właśnie te zapadnięte usteczka zadecydowały, że wróżka została NADĄSANĄ BALBINĄ, a ja w międzyczasie doszłam do wniosku, że jednak lalka to NIE i zmieniłam plan: pewnej osóbce wymyśliłam coś innego. 

nie wiem, czy to mój perfekcjonizm, czy są jeszcze na tej planecie ludzie, którzy mają tak jak ja, ale jeśli sama nie jestem z czegoś w STU PROCENTACH zadowolona to nie wiem, co z tym zrobić. podoba mi się, jestem z siebie dumna, że doprowadziłam projekt do końca, ale jakoś tak... i patrzę na nią i wyrzucić szkoda - tyle pracy i materiałów. sprzedawać? trochę niezręcznie, bo skoro ja nie jestem do niej przekonana, to jak przekonać kogoś...? jedyne wyjście to podarować... tylko komu? może po drugiej stronie ekranu jest ktoś, komu spodobała się nadąsana Balbina, albo zna kogoś takiego?...




piątek, 4 sierpnia 2017

dziś będę bardzo skromna i napiszę TO: wydziergałam super ekstra girlandę do pokoju Małego Człowieka! tymi ręcami! ;)

bo oczywiście pewnego dnia Mały Człowiek, jak to on przychodzi do mnie i pyta. pyta o coś, a ja w ogóle nie pojmuję, o co mu chodzi. w końcu załapuję, że on pyta gdzie są jego kury zwane przez mamę pieszczotliwie kurczakowymi ćmami tudzież żałosną wersją kuraków ;) i znów mama musi użyć swojej super mocy, czyli cierpliwości i prostoty języka i wyjaśnić, że kuraki były na okoliczność Wielkanocy, a teraz je schowałam i takie tam. po minie wnioskuję, że Małego Człowieka wcale to nie przekonuje. tak więc klepię najgorsze, co może być: 'zrobię ci jakąś inną, nową'. to zaklęcie działa lepiej niż wykład na temat sezonowości pewnych elementów dekoracyjnych ;)

trochę mi zeszło... w końcu kupiłam włóczkę Jeans YarnArt i wydziergałam trójkąty w trzech kolorach. zamocowałam je na szydełkowym sznurku i wiszą nad łóżkiem. tym razem zachwyt Małego Człowieka jest w pełni uzasadniony ;)


i jeszcze bardziej z profilu ;)


łączę się z Małym Człowiekiem w zachwycie nad dziełem własnych rąk moich ;) a teraz możecie szydzić, że takie nic, że proste, banalne i w ogóle PHI! ;) ale ja jestem dumna i już. głównie dlatego, że w końcu zrealizowałam ten pomysł i zdobyłam nową umiejętność: robienie trójkątów na szydełku :)

a teraz żegnam się czule :) i do zobaczenia już bardzo niedługo :) miłego, PA!



środa, 2 sierpnia 2017

dziś ramki doczekały się swojego wpisu ;) pamiętacie epizod 1.? to tak długo, jak na ten wpis, ramki czekały, żeby je w ogóle zrobić. zniechęcona akcją z ramkami nr 1 i nr 2 odłożyłam je w kąt. i tak dobrze, że nie do kosza na śmieci ;) 

kiedy w końcu się za nie wzięłam jedną z nich musiałam czyścić papierem ściernym z dziesięciu warstw farby w sprayu. przyznam się, że nie przyłożyłam się do tego specjalnie, bo ogólnie mi się już nie chciało - przeklęte lenistwo ;) a poza tym z założenia miały być NIE-IDEALNE ;) więc lekkie nierówności nie robią mi problemu :)

ramki pomalowałam na czarno i dodałam im miedzianego połysku tu i ówdzie. jedna z nich stoi u Małego Człowieka w pokoju z ilustracją Zdzisława Witwickiego, którą bardzo lubię, a nie mam pojęcia, czy pochodzi z jakiejś książki / bajki, czy jest to po prostu pojedyncza ilustracja: 


druga ramka stoi na regale w dużym pokoju. nie bardzo wiedziałam co w niej umieścić, bo plan był inny, ale okazało się, że zaplanowana grafika jednak nie pasuje do ramki lub odwrotnie ;) okazało się za to, że z ramką cudownie zgrała się fotografia wykonana w drodze do Zakopanego i wywołana w sepii:


i tym sposobem zakończyłam 'wakacyjne projekty', czyli robótki małe i mniejsze zabrane do Rodzinnego Miasta :) 

na dziś to tyle, bo mam w domu takie okoliczności przyrody, że nic tylko iść poleżakować w wannie - bo W KOŃCU można ;) do zobaczenia już wkrótce. pozdrawiam, PA!





sobota, 29 lipca 2017

dziś ostatni epizod serialu: książeczka sensoryczna dla Małego Chłopca z Zielonej Wyspy :) czekaliście?? ciekawi?? ;)

na koniec zostawiłam (pod)wodny świat, czyli żółwika i najbardziej rozbudowany obrazek - niespodzianka ;)

jak wspominałam we wcześniejszych wpisach poświęconych książeczce, jej szycie było dokładnie zaplanowane. każdy obrazek przemyślany i maglowany w głowie tak długo, aż nie wyszedł spod rąk gotowy produkt. tak też było z ŻÓŁWIKIEM: sześciokątem foremnym z łapkami i głową ;)


chciałam go wypełnić jakimś ziarnem, ale potem pomyślałam, że przecież książeczka musi być bezpieczna do użytkowania i do prania. ziarno zastąpiłam więc kilkoma plastikowymi koralami, które uciekają pod skorupką, stukają o siebie i 'kulają się' pod paluszkami - sprawdzone przez Małego Człowieka. tło wybrałam żółte, bo pomyślałam o żółwiu wygrzewającym się na piasku. i powstał problem, bo obok żółwia zaplanowałam rybkę. ale przecież rybka pływa w wodzie - powinna być na niebieskim tle ;) i tu zaczęła się improwizacja i popłynęłam... ;)


wymyśliłam stronę z szydełkową żaglówka płynącą sobie po falach. spomiędzy fal wyskakują na tasiemkach filcowe rybki. powstały fajne faktury i warstwy. żeby wszystko się ładnie trzymało strona jest podklejona trzema warstwami fizeliny ;) a pod falami... NIESPODZIANKA!


stronę z żaglówką otwiera się do góry i JEST RYBKA (w końcu na dnie też jest piasek ;))!! rybka ma łuski i ogonek do skubania ;) inspiracją dla mojej rybki był wpis Joanki Z. :) ponieważ zaprezentowana przez nią zabawka nie jest jej autorskim pomysłem pozwoliłam sobie na realizację mojej wersji :)


kilka elementów tych obrazków powstało z materiałów, które wygrałam w Szufladzie. wiem - robię się z tym nudna, ale jaram się tą wygraną jak nie wiem co!

i tak kończy się historia książeczki dla Małego Chłopca... a właściwie to dopiero się zacznie, kiedy trafi ona w końcu w małe łapki i zacznie spełniać swoją funkcję... :)

na dziś to tyle. dziękuję Odwiedzaczom za uwagę i polecam się na przyszłość. PA!







czwartek, 27 lipca 2017

uwielbiam filmiki z serii '5-minute craft', bo pokazują jak szybko można sobie poradzić z codziennymi drobiazgami; coś zmienić, zrobić, stworzyć; jak niewiele czasem potrzeba czasu i pracy, żeby zrealizować jakiś pomysł (np. ten odkładany od stu lat ;)) i dziś będzie właśnie taka metamorfoza w stylu '5-minute craft'. metamorfoza torby!

a teraz dowiecie się jeszcze jednej rzeczy o Żyrafie, a mianowicie, że jest sentymentalna i przywiązuje się do rzeczy. nie jestem chomikiem i zbieraczem, bo (zwłaszcza ostatnio) pozbywam się wszystkiego, co niepotrzebne. ale mam takie coś, że żal mi wyrzucić czegoś, bo to dostałam, bo przecież jeszcze się nadaje i takie tam inne fajne argumenty przemawiające bardzo wyraźnie do mojej świadomości. tak więc czasem zalegają w rożnych miejscach rzeczy, które kiedyś używałam, a teraz nie wiem, co z nimi zrobić... 

jednym z takich przedmiotów jest torebka, którą dostałam lata temu od Sis, a Sis przywiozła ją prosto z Londynu :) TAK, z tego Londynu ;) torba wyglądała tak:


kiedyś pasowała do moich glanów i wyciągniętego swetra. teraz wydawała mi się jakaś smutna. czasem jeszcze ją nosiłam, ale bez większego przekonania i od jakiegoś czasu zastanawiałam się, co tu z nią zrobić. wyrzucić szkoda, bo... - patrz powyżej ;) można by oddać komuś, ale w sumie już odrobinę spłowiała i ', ale wciąż się nada ;) i wtedy spotkałam w ciucholu prześwietny materiał. co prawda była uszyta z niego męska koszula (tak nawiasem mówiąc: KTO NOSI koszule w takie wzory?!?!?!), ale zobaczyłam go na klapie mojej torby ;) jest trochę spłowiały , ale i tak mi się podoba. oczywiście wszystko musiało odleżeć swoje ;) ale ostatnio wieczorem się wzięłam ;) docięłam odpowiedni kawałek - dwie warstwy. zrobiłam pikne podwinięcie i profesjonalny podwójny szew na brzegu :)


całości dopełniają przypinki - taka pozostałość z punkowskich czasów ;) znaczy się nie same przypinki, tylko zwyczaj przypinania. no i torba po kilku minutach wygląda tak:


materiał nie jest przyszyty od góry więc tworzy dodatkową kieszeń. trzeba tylko uważać, żeby podczas otwierania nie zgubić umieszczonych tam drobiazgów ;) może metamorfoza trwała dłużej niż pięć minut, może nie jest wybitnie spektakularna, ale odkładana od dawna okazała się robótką na krótką chwilkę...





Najczęściej odwiedzane